Głos Tomasza Raczka

Szanowny Panie Tomaszu,

z całego serca dziękuję. Wychowałem się na Perłach z lamusa i na Pana duecie z niepowtarzalnym Zygmuntem Kałużyńskim. Abstrahując od aktualnej sprawy, to dzięki Waszemu duetowi kształtował się mój i wielu młodych ludzi gust filmowy. Nie zapomnę nigdy tych momentów, gdy np. przy okazji filmu ‘Piąty element’ Luca Bessona razem z Panem Zygmuntem prezentowaliście stare francuskie komiksy przybliżając genezę estetyki i pokazując ewolucję stylu. Coś fantastycznego!
Odnośnie tej gorzkiej sprawy, mam głęboką nadzieję, że spowoduje to ogólną dyskusję na temat szerszy, niż moje osobiste pretensje. Mleko się rozlało. Teraz trzeba chyba zastanowić się nad standardami. Okazuje się, że podobnych kontrowersji jest znacznie więcej. Rozumiem wolność artystyczną, ale muszą być jakieś granice wchodzenia w czyjąś intymność i prywatność. Taka dyskusja jest chyba wszystkim potrzebna?

Doprawdy, nie wiem gdzie i w którą stronę wędruje dzisiaj nasza kultura i czy to jeszcze można nazwać kulturą?

Dzięki takim ludziom jak Pan, jestem spokojniejszy – o kulturę. Dziękuję serdecznie.

P.S. Pańska recenzja filmu jest jak zwykle trafiona w dziesiątkę! Dzień premiery był dla mnie koszmarem i tak naprawdę tylko ta wzmianka o ‘przemowie do ludzkości’ rozbawiła mnie tamtego dnia. Za to szczególnie dziękuję – takie drobiazgi są najcenniejsze. Opowieść o kocie też była fantastyczna!

Komentarze

Szanowni Państwo – bardzo dziękuję za komentarze. Proszę nie denerwować się na długie opóźnienia w zatwierdzaniu ich pod postami – mam bardzo dużo pracy (włączając sob. i niedz.), więc niestety ale będę moderował z poważnym opóźnieniem. Nie mogę ustawić automatycznego dopuszczenia wszystkich treści z wiadomych względów.
Pozdrawiam, dziękuję za zainteresowanie, krytykę i wszelkie wątpliwości – wszystko to jest bardzo cenne. Życzę miłego i zdrowego weekendu.

Adrian

Superplan.

OSTRZEŻENIE: Tym razem będzie jak w filmie z Marilyn Monroe – pół żartem, pół serio.

Mamy zatem kwestię sporną – ja vs twórcy/producenci. Komu wierzyć? Można słusznie zauważyć, że nie mam zbyt dobrej pozycji wyjściowej. Nie dość, że zrobił to, co zrobił, to teraz jeszcze oskarża i pokrzykuje, a co, jeśli to wszystko sobie ubzdurał? Z jakiej racji ma mi ktokolwiek teraz wierzyć?

Wyciągniemy trupa z szafy i mu się poprzyglądamy, zobaczymy, czy jeszcze coś z niego zostało, czy śmierdzi, czy może się już rozłożył kompletnie i nie sposób go rozpoznać.

Cofnijmy się do tego nieszczęsnego 21 września 2003 i zróbmy jeden krok do przodu, do tej konferencji Policji i władz TVP już po incydencie. Studio wypełnione dziennikarkami i dziennikarzami ramię przy ramieniu, reflektory świecą, kamery kręcą, mikrofony wycelowane, notatniki rozłożone, ołówki zastrugane, spocone długopisy zaciśnięte. Wszyscy w napięciu oczekują oficjalnych komunikatów. Przypudrowani panowie z Policji zaraz opowiedzą mediom i obywatelom całe wydarzenie prosto ze studia, w którym zresztą dzień wcześniej miało ono miejsce.

Najpierw pan nadinsp. Ryszard stwierdza, że „brak skutków stanowił o powodzeniu działań” (co za głębia!), dodając za chwilę: „ponieważ jest to pierwsza tego typu sytuacja, jest z tego także nauka na przyszłość i takie zagrożenia mogą istnieć”. Zapamiętajmy tę wielką myśl o nauce na przyszłość, bo jeszcze do tego wrócimy!

Następnie bardzo interesujące wystąpienie ma pan nadkom. Sławomir, który stwierdza, co następuje:

„Policjanci przede wszystkim prowadzili bardzo intensywne negocjacje, z drugiej zaś strony byli gotowi ruszyć i zneutralizować napastnika w taki sposób, aby odbyło się to bezpiecznie dla zakładnika a i dla samego napastnika – TO TEŻ SIĘ STAŁO, w stosownym, W DOBRYM MOMENCIE NASTĄPIŁ odpowiednio przygotowany wcześniej AKT NEUTRALIZACJI, policjanci z Biura Operacji Antyterrorystycznych zneutralizowali w tym studiu tego napastnika. Ten mężczyzna miał przy sobie broń, ta broń wyglądała na gotową do użycia, także tutaj naprawdę mieliśmy przed sobą niebezpiecznego napastnika, niebezpiecznego zdesperowanego człowieka.”

Reasumując, panowie z KSP oznajmili, że panowie z AT mieli narysowany superplan i go perfekcyjnie zrealizowali: W DOBRYM MOMENCIE RUSZYLI I ZNEUTRALIZWALI mnie w bezpieczny sposób dla zakładnika i również dla mnie.

Taką wersję przedstawili panowie policjanci wszystkim dziennikarzom i widzom przed telewizorami. Chyba możemy się zgodzić, że to było oficjalne stanowisko Komendy Stołecznej Policji, prawda?

Ja uważam, że było inaczej. No ale przecież jest kwestia najważniejsza: czy można mi wierzyć, czy wierzyć raczej policjantom, którzy tam byli i zrealizowali swój superplan odbicia zakładnika? Komu wierzyć?

To może nie słuchajmy, co ja mam do powiedzenia, sprawdźmy, co po samym zdarzeniu zeznał w prokuraturze zakładnik:

Czyli ja zwolniłem zakładnika, położyłem się na ziemi, a jak on wychodził, to oni wchodzili, zatem mijał się z policjantami, którzy biegli go ratować zgodnie z ich wcześniej przygotowanym superplanem…

Kochana Policjo: możecie próbować robić wariata z wariata, ale nie róbcie idiotów z inteligentnych ludzi. Czy naprawdę myślicie, że ludzie są aż tak głupi?

Była tam również kamera, która zarejestrowała moment uwolnienia pana Tomasza, jak się samodzielnie i świadomie poddałem kładąc się na ziemi i odrzucając pistolet (na gaz i nienaładowany).

Mieliście nagranie, mieliście zeznania, w tym zeznania p.Tomasza. To czemu tak bezczelnie wcisnęliście ordynarny kit ludziom prosto w twarz?

Spieprzyliście całą akcję od początku do końca. Negocjatorzy nie potrafili ze mną rozmawiać, nie mieli pomysłu na to, jak do mnie dotrzeć, błądzili szukając jakiegoś słabego punktu, żeby rozładować moje emocje i nie umieli znaleźć nic, co mogłoby mnie jakoś nakłonić do wcześniejszego poddania.

Ok, rozumiem. Nikt przecież nie wyjdzie z szefostwa i nie oznajmi narodowi: szanowni państwo, pełny sukces! Poddał się dopiero, jak się zmęczył!

Mogliście przecież wyjść i tak okłamać jakby trochę mniej, powiedzieć np, że to rezultat fantastycznej pracy negocjatorów, którzy namówili Adriana M do uwolnienia zakładnika, że udało im się wzbudzić w nim litość do dzielnego pana Tomasza i do poddania się. Okazało się, że broń była niegroźna, pan Tomasz jest bezpieczny, a napastnik, to chory człowiek a nie terrorysta, idźcie ludzie spać spokojnie, to nie Al-Kaida, to przypadek do leczenia.

Zazwyczaj kłamie się, gdy nie można mówić prawdy.

Nie mogli powiedzieć prawdy z uwagi na jeden element, który nie pasował im w prawdziwej układance.

Tuż po uwolnieniu pana Tomasza, położeniu się na podłodze i odrzuceniu pistoletu na bok, do akcji wkroczyli antyterroryści z BOA KGP. W studio nie wydarzyło się nic szczególnego. Bardzo szybko sprawdzili, czy nie mam przy sobie jeszcze jakiejś dodatkowej broni, zatem raz na jeden bok mnie obrócili, przejechali dłońmi po ciele, na drugi bok, ta sama procedura. Nic szczególnego, nie było w tym momencie, żadnej agresji. Oczywiście, trochę potraktowali mnie jakby przerzucali worek z kartoflami, ale nie przypominam sobie, żeby mnie wtedy w studio mocno bili. Po chwili byłem już skuty za plecami, dźwignęli mnie za ramiona pod pachami do góry i zgiętego do ziemi wyprowadzili szybkim krokiem do pomieszczenia niedaleko studia, które trochę przypominało szatnię dla pracowników technicznych. Było tam dosyć ciasno, ledwo mnie tam wprowadzili we czterech, rozstawieni dookoła, pozwolili się wyprostować i się zaczęło wtedy, to czym upudrowani panowie inspektorzy nie mogli już się pochwalić przed kamerami i narodem.

Spodziewałem się, że będzie łomot, ale powiem szczerze, trochę zaskoczyli mnie poziomem brutalności. Ewidentnie puściły im nerwy. Nie owijając w bawełnę: napierdalali mnie ze wszystkich stron, miałem ręce skute za plecami sztywnymi kajdankami. Trwało to wszystko całkiem długo. 3 razy udało im się powalić mnie na ziemię, taki knockdown razy trzy od siły ciosów. Tak nawiasem mówiąc, to zapewniam, że jak antyterrorysta wali, to nie jest to uderzenie zawodnika MMA spod nocnego sklepu, to jest trochę inny poziom. Za każdym razem podnosiłem się i prostowałem, a oni dalej na mnie sobie używali. Były tam metalowe szafki, chyba na ubrania, napieprzali moją głową o kanty tych szafek. Przy każdym powaleniu na ziemię byłem kopany absolutnie wszędzie. Jak upadłem na twarz, to mnie kopali po plecach i po rękach zakutych w kajdanki, które wrzynały mi się w nadgarstki, na prawej kajdanki tak głęboko weszły, że mam blizny do dzisiaj. Jeden z tych policjantów kopnął mnie w krocze (to nie było miłe), inny postanowił mnie poddusić buciorem, który przycisnął mi do krtani, jak leżałem na plecach i tak na mnie patrzył dusząc mnie tym butem. Gdy zacząłem poważnie krwawić, któryś z nich wyszedł i wrócił z czarnym plastikowym workiem na śmieci, który mi założyli na głowę, chyba po to, żeby się tyle tej krwi nie lało na podłogę. Na podłodze byłem już tak przekopany, że stwierdziłem – pass, mam już naprawdę dosyć, szok zaczął schodzić i zwyczajnie zacząłem czuć ból dosłownie wszędzie. Rozcięli mi głowę o te szafki w kilku miejscach, złamany nos, krew lała się ciurkiem z całej głowy. Ale chyba najgorszy był ból od kopniaków, miałem całe ciało przekopane. Powiedzieli, że mnie wywiozą nad Wisłę i upozorują ucieczkę i mnie tam zastrzelą. Uwierzyłem, autentycznie uwierzyłem, dlatego się wtedy tak darłem jak mnie wynosili do suki. Przez pierwsze tygodnie w areszcie siniaki i krwiaki zmieniały kolory ale po jakimś czasie doszedłem do siebie. Gorsze od tego pobicia było co innego. Zaraz po tamtej akcji w tym ciasnym pomieszczeniu wynieśli mnie do osobowej suki (nie, nie było tak jak panowie z AT zeznawali, że nie chciałem iść samodzielnie, zwyczajnie nie byłem w stanie), i zawieźli mnie do Pałacu Mostowskich. Za nami przyjechała karetka. Miałem ciekawą interakcję z panami z karetki, ale to zostawiam na później – też nakłamaliście, nie udzieliliście mi żadnej pomocy, tylko poświeciliście latareczką w oczy i jeden z was stwierdził, że tutaj takie coś, to norma. Później zawieźli mnie do szpitala i tam była akcja gorsza od tego pobicia. Najpierw pozszywała mnie pani pielęgniarka, a później podeszła do mnie z emaliowaną nerką i długim drutem – prostowanie nosa, zamarłem! Nałożyła na koniec tego druta taki nasączony jakąś substancją pasek i zaczęła mi tym drutem wciskać ten mokry sznurek w sam środek czaski. To był paskudnie obrzydliwy ból, wzięła mnie z zaskoczenia – zupełnie się nie spodziewałem tego drutowania i najgorsze było to, że wiedziałem, że jest jeszcze druga dziurka do zrobienia. Bez dwóch zdań, ta niepozorna pani w białym, trochę już niespotykanym dzisiaj kitlu z tym drutem w ręku przebiła koksów z AT. Nauka na przyszłość drogie dzieci: policja masakruje na kwaśne jabłko i później kłamie, ale uważałbym bardziej na siostrę w szpitalu – jest równie niebezpieczna!

Żarty na bok. Przez 2 dni w Pałacu Mostowskich miałem co najmniej dwie wizyty w szpitalu; widziało mnie wielu ludzi, lekarze, lekarki, pielęgniarki, psycholog, na koniec prokurator i sędzia, który miał zadecydować o tymczasowym aresztowaniu. Jak mnie do tego sędziego wieźli, to panowie z Wydziału do Walki z Terrorem Kryminalnym chyba trochę zmiękli (w Pałacu działy się różne śmieszne rzeczy, ale o tym kiedy indziej, teraz powiem, że i tam w łeb dostałem, bo się im uwaga o faszystowskich metodach nie spodobała – tak mi jeden przywalił, że mi zerwał szwy z jednego szycia, które mi tamta pani pielęgniarka tak ładnie wydziergała, a opatrunek poleciał w drugi kąt pokoju). Przed sądem jeden z tych mapetów podszedł do mnie, poczęstował mnie absolutnie najwstrętniejszym papierosem jakiego w życiu paliłem (do dziś nie mam pojęcia jak on mógł to gówno palić?) i powiedział: ‘jak się ciebie zapytają, kto ci to zrobił, to powiedz, że to, nie my, że to AT ok?”. W sumie to chciał, żebym kablował za niego na jego kolegów. Ręce opadają… Odpowiedziałem mu, że wiem dokładnie, kto mi to zrobił. I pan sędzia się zapytał i mu powiedziałem, że to mi zrobiła ekipa antyterrorystów. I co? I gówno drogie dzieci. Tak się kończą bajki o przygodach z mapetami z policji i z brygady antyterrorystycznej. Sprawa zamieciona, nikt nic nie pamięta, nikt nic nie widział, nie było kamer, był superplan i odbili zakładnika, to była prawda.

A biegły zeznał:

No ale po co wierzyć mi? W tych aktach są grube dowody, że AT uszyła bezczelne kłamstwo. Twierdzili, że wynieśli mnie tam, żeby mnie przeszukać. Tak mnie przeszukiwali w tym pomieszczeniu, że dopiero w Pałacu Mostowskich znaleźli przy mnie ‘bonusy’, które sam wyjąłem z kieszeni. I to nie zapaliło nikomu lampki w głowie, że jednak mnie w tamtym pomieszczeniu nikt nie przeszukiwał…

Wszyscy absolutnie bezkarni. Żeby nie było jakiś niedomówień – musiałem sobie jakoś sam wyjaśnić, co się stało w tym pokoju i stwierdziłem, że to się w sumie panu Tomaszowi należało za to, co mu zrobiłem. Kropka.

Ciekawe, czy przekroczenie uprawnień funkcjonariusza na służbie, to się przedawnia, czy nie? Ja akurat miałem twardą głowę na tyle, żeby z tego jakoś wyjść, ale są przypadki ludzi, którzy podobnego spotkania z policją już nie przeżyli, prawda? Po całym wydarzeniu, jak mnie wynieśli i rzucili zakrwawionego na podłogę w Pałacu Mostowskich i jak przyjechała karetka, to się zapytałem lekarza, czy widzieli już takie coś wcześniej? Odpowiedział mi natychmiast: ‘nie jesteś pierwszy taki, tutaj to norma’. W areszcie w kolejce do lekarza widziałem wielu z identycznymi obrażeniami. Norma. Ktoś powie – bandytów nie szkoda. Może szkoda, może nie szkoda. Na 10 lub 20 bandytów trafi się jeden, który z bandytą ma tyle wspólnego, co inspektor policji z prawdą. I co wtedy? Takiej normy chcemy?

Wróćmy do tej wielkiej myśli tego inspektora z konferencji prasowej:

„ponieważ jest to pierwsza tego typu sytuacja, jest z tego także nauka na przyszłość i takie zagrożenia mogą istnieć”

Niech nam ułomna nieco składnia nie przesłoni sensu – mamy wyciągnąć naukę na przyszłość. Fantastycznie! Uczmy się na błędach – od razu pomyślałem! Ja się całe życie uczę na błędach, głównie swoich, bo nie jestem taki mądry jak inspektor, który chce uczyć siebie i jeszcze w dodatku innych na cudzych błędach. Jestem bardzo na TAK!

Zobaczmy zatem, jaką naukę wyciągnęli z tego wydarzenia…

Oto fragment podręcznika pt. CENTRALNY PODODDZIAŁ KONTRTERRORYSTYCZNY POLSKIEJ POLICJI BOA KGP Szczytno 2016 autorstwa Kuby Jałoszyńskiego (jakby co, to kupiłem, mam rachunek, nie ściągałem z ruskiego serwera):

3.4.1. Realizacja w siedzibie TVP w Warszawie — 21 września 2003 r. strona 235:

„W pewnej chwili powstała sytuacja umożliwiająca przeprowadzenie ataku: — Sprawca po wielokrotnych groźbach zaproponował zakładnikowi zapalenie ostatniego papierosa w życiu: wstał z krzesła i wykonał ruch bronią. — Dowodzący wydał rozkaz do ataku: zespół szturmowy wbiegł do studia i obezwładniwszy napastnika, dokonał jego zatrzymania71. Sprawca Adrian M. został wyniesiony ze studia (nie chciał iść o własnych siłach). Dokonano jego przeszukania oraz zabezpieczono dowody”

Przypis w tym fragmencie odsyła do…

Sytuacja zakładnicza w gmachu Telewizji Polskiej. Warszawa 21 września 2003 r., ul. Woronicza 17, Zarząd Operacji Antyterrorystycznych Głównego Sztabu Policji KGP, 11 października 2004 r. [prezentacja multimedialna].

Faktycznie wyciągnęli z tego wnioski, że nic tylko bić brawa i pokłony.

Polska to jest taki kraj, w którym każdą porażkę przekuwa się w mega sukces i sprzedaje dalej. I się powiela to i powiela i jest pięknie i wspaniale i wszyscy są happy.

Nie dość, że spieprzyli tę akcję wtedy i to w wielkim stylu, to jeszcze uczą kolejne kadry policjantów legendy o szturmie, podczas którego odbijali zakładnika mijając się z nim w przejściu. Czego wy ich tam uczycie? Superplanu.

Poważnie teraz, eksperyment intelektualny, więc musi być poważnie, wszystkie epitety na użytek eksperymentu nie mają odniesienia do rzeczywistości – jesteście Państwo w naprawdę groźnej sytuacji, nie z człowiekiem z pistoletem-atrapą, kto przyszedł z ‘przemową do ludzkości’ (to od pana Raczka podłapane). Jesteście naprawdę z kimś śmiertelnie groźnym. Macie nadzieję, że jedzie już do was ekipa na ratunek. Nikt Wam nie pomoże, tylko oni. Chcielibyście, żeby jechali do Was na sygnale profesjonaliści, wyszkoleni przez specjalistów, panujący nad stresem i emocjami, którzy wiedzą, że tylko studiując błędy uniknie się ich w przyszłości, czy wolelibyście, żeby jechała do Was na ratunek ekipa sfrustrowanych koksów, niekompetentnych socjopatów, którzy muszą po nieudanej akcji ulżyć sobie masakrując kogoś, kto może zamiast pobicia powinien dostać zastrzyk na uspokojenie? Która z tych dwóch ekip bardziej Wam pomoże? To są Wasze pieniądze przecież. Ja się z tym dawno temu pogodziłem, to pobicie trochę mi się należało. Ale takiej policji chcecie? Bezkarnej?

Jeśli nie będzie konsekwencji, jeśli będzie bezkarność dla ludzi na stanowiskach i ta bezkarność będzie promieniować dookoła, to kwestie takie jak prawa człowieka, równość wobec prawa, praworządność, tolerancja, etc. będą tylko pustymi nazwami.

A wiecie, kto jeszcze myśli, że może robić sobie coś bezkarnie? Pan Piątek. Sam to stwierdził:

“Szkoła daje tę cudowną możliwość zrobienia kilku etiud czy filmów niemal bezkarnie.”
https://purpose.com.pl/archiwum/mag-nr_34/warsztaty/mag-moc_robic_filmy_.html

Poczytajcie o genezie „Bożego ciała” – zaczęło się niby od projektu na dyplom…

Czego oni was uczą w tych filmówkach? Też superplanów?

Martwica duende.

Film “Boże ciało” w reżyserii J. Komasy i z główną rolą Bieleni* zawędrował aż do oskarowej nominacji, a tymczasem okazuje się, że modus operandi dokładnie ten sam – na podstawie autentycznego wydarzenia, sprowokowanego przez człowieka, bez którego film nigdy by nie powstał…

Czytam sobie i mówię pod nosem do siebie: hmm, skąd ja to znam?
https://natemat.pl/288347,nie-prawdziwa-historia-z-filmu-boze-cialo-wywiad-z-falszywego-ksiedzem (Bartosz Godziński 22 października 2019)

Nigdy nie byłem fanem polskiego kina. Z dwóch powodów: nudne i źle zrobione. A im młodsze, tym gorsze. Stare filmy jeszcze potrafiły urzec, czasami trafiały się perełki. Współczesne najczęściej powodowały zażenowanie. Nurtowała mnie ta sama zagadka różnie zadawana: czemu tak jest? Czemu te filmy są takie słabe, niedorobione? Czemu tak odstają od filmów kręconych nie za oceanem, czy we Francji, ale choćby w Iranie lub Wietnamie?

Do najprostszych prawd nierzadko wiodą długie szlaki. Zrozumiałem po latach. Jak mawiał Kant – liczą się intencje. Prawdziwa sztuka musi mieć tę jedną składową, która decyduje o końcowym smaku – jest nią UCZCIWOŚĆ, a zatem szczerość zamiarów i finalnie – autentyczność całego aktu. Odrobina podłości, a więc pogardy, konsekwentnie fałszu i zamiast dobrej, krzepiącej strawy, która posili i wzmocni ducha, otrzymamy zwykłą truciznę, która co najmniej zakończy się torsjami. Tam, gdzie powinien być duch – el duende, pojawia się patologiczna zmiana, której nie sposób już wyleczyć. Na taki stan nie ma lekarstwa, potrzeba auto-amputacji, trzeba się od tego odseparować i nie przebywać w tej martwicy duszy.

Proszę sobie włączyć konferencję prasową filmu “Boże ciało”, posłuchać tej ‘opowieści’, w której są zawarte dwie rzeczy: stosunek i metoda. Reakcje kolegów i koleżanek po fachu są również wymowne (wideo ustawione dokładnie na tym fragmencie) – słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami.

Jak się zacięła, to mi się przypomniało, co śpiewa Johnny Cash w kawałku ‘When the man comes around’:

Whoever is unjust let him be unjust still
Whoever is righteous let him be righteous still
Whoever is filthy let him be filthy still
Listen to the words long written down
When the man comes around

*recidivus – „powrotny, powtórny”, od recidere „popadać w coś na nowo”

‘Fantazmatyczne scenariusze’, czyli…

Na razie tylko zapowiedź kolejnego materiału, w którym zaczniemy przyglądać się filmowi “Prime Time” w reżyserii Jakuba Piątka pod kątem prawdziwych intencji kryjących się za całą produkcją. Ogólnie nie wygląda to dobrze, wygląda to PRZERAŻAJĄCO. Gazeta Wyborcza, TVN, producenci i dystrybutorzy nabrali wody w usta. Spodziewam się oczywiście wiadomo jakiej reakcji, ale to jest bez znaczenia – jak mawia starożytne chińskie przysłowie – tylko prawda was wyzwoli 😉 W kolejnym poście będzie o tym, co się komu ‘prześniło’ i dlaczego. I wtedy stanie się jasność. Być może nie o pieniądze tu wcale chodzi… Nic nie dzieje się bez przyczyny. Pan Piątek kompulsywnie poszukiwał informacji o motywach wydarzenia z 2003 roku i nie znalazł nic, musiał pofantazjować na ten temat i wyszło jak wyszło. Pora zamienić się miejscami i empirycznie zbadać, wszystko, co już jest powszechnie dostępne na ten temat. W następnym poście o premedytacji zmieszanej z lekkomyślnością.

Kiedy pan Piątek mówi prawdę?

Wywiady z panem Piątkiem dostarczają ciekawych obserwacji. Zestawmy ze sobą dwie wypowiedzi o źródłach inspiracji postaci Sebastiana z dwóch różnych wywiadów i niech każdy sobie wyciągnie wnioski.

Najpierw wypowiedź z rozmowy z Jo Light (2.2.21)

https://nofilmschool.com/jakub-piatek-prime-time

“Piątek: Koncentrowaliśmy się lub krążyliśmy wokół postaci facetów koło 30tki, którzy się buntowali lub nie buntowali się w ogóle. I wtedy natrafiliśmy na sprawę z Polski. I to co nas przyciągnęło w tej historii, to było to, że choć minęło 18 lat od tego zdarzenia, do dzisiaj nie wiemy, jaką miał wiadomość i co chciał powiedzieć ten człowiek, który wdarł się do budynku TV z pistoletem i wziął zakładnika. I to było dla nas intrygujące. I zaczęliśmy sami zadawać sobie pytanie: “co my byśmy powiedzieli ludziom, gdy można nadawać w programie cokolwiek?”
I zobaczyliśmy w tym bardzo ciekawy silnik dla postaci, dla bohatera. I może by tak stworzyć bohatera, który potrzebuje widzów, żeby się spełnić. Zatem nie znasz jego historii, masz tylko drobne informacje o nim, dookoła niego. Celem było to, żeby widz jakoś sam wypełnił tę postać, tego bohatera. Możesz wypełnić go własnymi pomysłami.
Skończyliśmy film kilka tygodni temu. Mieliśmy tylko kilka roboczych pokazów. I zobaczyliśmy u widzów, że to jakoś działa i że ludzie wychodzą z filmu z własnymi pomysłami, co on chciał powiedzieć i kim jest. I że jest to fajna wędrówka z tym tajemniczym pochodzeniem.”

A teraz wypowiedź dla kanału na yt Na Ekranie Dawida Muszyńskiego (Jan 27, 2021) https://www.youtube.com/watch?v=AwiEwDfu5wg&ab_channel=naEKRANIEpl
(transkrypcja chaotycznej wypowiedzi, cały język ciała też mówi dużo – warto zobaczyć)

“Do tego zdarzenia doszliśmy trochę później, na samym początku my trafiliśmy na takie zdarzenie ze Stanów Zjednoczonych z 96 roku i jakby to w nas wystartowało, a potem rzeczywiście, no jak się zaczyna nad czymś pracować, to te wydarzenia, po prostu już się zaczynają same pojawiać i trafiliśmy między innymi na to polskie, ale też na brazylijskie i tak dalej i tak dalej, no ale no ale jest to jednak film fabularny i czy to z tego brazylijskiego, czy amerykańskiego, czy polskiego, to jakby tak naprawdę niewiele zostało, oprócz takiej jednej obietnicy, czyli młodego człowieka, który z bronią wchodzi do telewizji, chce wejść na żywo, a też to co nam się podobało, jakby w, no podobało, gdzieś zainspirowało nas w tych wszystkich zdarzeniach, to było to, że to spektrum tych powodów dla których ci ludzie się zdesperowani na to decydowali było PRZERÓŻNE i jakby to gdzieś dla nas był taki też silnik dramaturgiczny, znaczy, żeby gdzieś próbować dotrzeć do tego co ten nasz bohater Sebastian, jakby z czym on przychodzi, nie”

Pytanie: kiedy pan Piątek mówi prawdę o źródłach tego ‘silnika dramaturgicznego’ głównego bohatera? Albo źródłem było całe spektrum powodów wtargnięcia do telewizji, albo (jak w moim przypadku), to że nikt nigdy się nie dowiedział, co chciałem powiedzieć?

Odpowiedź jest w filmie. Pan Piątek niech w międzyczasie poszuka jakiegoś innego przykładu ze świata z podobnym incydentem, w którym również nikt nigdy się nie dowiedział, co napastnik przetrzymujący zakładnika w tv chciał powiedzieć. W Polsce był tylko jeden taki incydent…

A tak w ogóle, to w 1996 roku pan Piątek miał 11 lat, gdy miał miejsce ten przypadek w USA, o którym nigdzie zresztą nie ma żadnej wiadomości – jeśli gdzieś jest o tym wydarzeniu wzmianka, to nie jest to ogólnie dostępna informacja. W 2003 roku incydent z moim udziałem podniósł oglądalność o kilka procent wszystkim stacjom i generalnie media trąbiły o tym przez długi czas. W 2003 roku pan Piątek miał 17 lat i z pewnością słyszał o wydarzeniu na Woronicza w TVP. Chronologiczna mapa inspiracji pana Piątka, to zwykła ściema. Ja takiego kitu nie kupuję. W kolejnych postach pokażę (głównie panu Piątkowi, bo najwyraźniej umknęło to jego uwadze) jak ‘niewiele zostało’ w jego filmie z tego polskiego przypadku…

Pierwsza reakcja Gazety Wyborczej na mój list otwarty.

Dzień dobry wszystkim!
Godzinę temu otrzymałem odpowiedź Gazety Wyborczej w sprawie mojego listu otwartego.
Zaproponowano mi rozmowę i… publikację FRAGMENTÓW mojego oświadczenia!
Gazeta Wyborcza najwyraźniej chce uprawiać cenzurę niewygodnych dla niej treści, a przecież tak niedawno głośno protestowali w obronie wolności słowa i dostępu do informacji.

Na to nie ma mojej zgody.

Nie o taką wolność walczymy.

List otwarty do producentów i dystrybutorów filmu “Prime Time”.

List otwarty w sprawie premiery filmu „Prime Time”

Szanowni Państwo,

Moje imię i nazwisko Adrian M (nazwisko do wiadomości redakcji). Piszę do Państwa w związku z premierą filmu „Prime Time” w reżyserii Jakuba Piątka, wyprodukowanego przez Watchout Studio, TVN Film, PISF, KBF, za którego dystrybucję, odpowiedzialny jest Next Film – firma należąca do grupy Agora, w którego promocję zaangażowana jest Gazeta Wyborcza, a którego premiera na polskim Netflix’ie zaplanowana jest na 14.04.21.

Film pana Piątka opowiada o wydarzeniach z 21 września 2003 roku, których sprawcą, niestety, byłem ja. To ja tamtego dnia wtargnąłem do gmachu TVP przy ulicy Woronicza, biorąc zakładnika i domagając się wejścia na antenę.

Oświadczam: nie współpracowałem przy produkcji tego filmu, nie wyraziłem też na tę produkcję zgody.

W maju 2018 dostałem od pana Jakuba Piątka maila, w którym poinformował mnie o swoich filmowych planach, prosząc o współpracę. Odmówiłem. Jednocześnie pragnę poinformować bardzo wyraźnie, że pan Piątek miał w merytoryczny sposób wyjaśnione, że jakakolwiek próba opowiadania tamtej historii bez mojej zgody zwyczajnie naruszy moje dobra osobiste, a konkretnie te związane z moją chorobą psychiczną, która była bezpośrednią przyczyną incydentu w TVP. Zachorowałem i byłem dokładnie zdiagnozowany na długo przed tym wydarzeniem. Ponadto pan Piątek miał wytłumaczone, że powracanie do tamtej historii, bardzo skomplikowanej zresztą, może spowodować nieprzewidywalne skutki również dla ludzi zupełnie postronnych. Pan Piątek usłyszał również, że przez te wszystkie lata konsekwentnie i zgodnie całą rodziną odrzucaliśmy oferty przenoszenia na ekran tamtej historii. Dołożyliśmy wszelkich starań, żeby uświadomić pana Piątka, jak bardzo niechciana jest przez nas taka produkcja i jak niebezpieczne mogą być reperkusje takiego filmu.

Pan Piątek zwyczajnie to zignorował, a wy: producenci i dystrybutorzy pomogliście mu zrobić ten koszmarny film.

O tym, że film w ogóle powstał i o premierze na festiwalu w Sundance dowiedziałem się od znajomego, który w styczniu tego roku przesłał mi linka do artykułu na portalu film.wp.pl zatytułowanego ‘18 lat temu wszedł z bronią do studia TVP. Wziął zakładników.’ Ponad ¾ treści tego tekstu jest poświęcone bezpośrednio mojej osobie i incydentowi z moim udziałem, na koniec autor tekstu jasno stwierdza, że opowieść o mnie stała się inspiracją do powstania filmu „Prime Time”. Komentarze pod tym tekstem przerażają, oto niektóre z nich (bez podawania nick’ów, pisownia oryginalna):

– „dzisiaj to samo trzeba zrobic tylko najlepiej od razu strzelac”
– „Ja pamiętam jak cała kamienica dopingowała mu aby ich wszystkich tam rozstrzelał.”
– „dzisiaj przydałaby się taka akcja chociaż z innym zakończeniem – może wróciłaby normalność”
– „Szkoda ze dzisiaj niema takich ludzi.I najlepiej o 19.30”

Poniżej link do artykułu:
https://film.wp.pl/18-lat-temu-wzial-zakladnikow-w-studiu-tvp-dzis-niewielu-o-tym-pamieta-6594991431220000a?fbclid=IwAR1m-tLprDbSfxNhtYOXE1J5-MQ_e5c5w2TnfvNiUpHx5aWAq2UfjwffKM4

Oprócz takich strasznych treści, które potwierdzają słuszność 18 lat milczenia i nieruszania tej sprawy, jest sporo komentarzy ludzi z mojego rodzinnego miasta, którzy pamiętają moją historię, znają mnie i rozpoznają moją rodzinę. Są i takie, które jasno stwierdzają, że nie powinno się robić takich filmów.

Film widziałem podczas drugiego dnia pokazu na festiwalu w Sundance. Niestety okazał się czymś innym, niż to, co zapowiadali w licznych wywiadach jego twórcy i producenci. Nie jest uniwersalną historią o buncie inspirowaną wieloma podobnymi przypadkami z całego świata, jest bardzo perfidną próbą rekonstrukcji incydentu z moim udziałem, a najgorsze jest to, że twórcy filmu tak naprawdę zamachnęli się na próbę stworzenia mojego portretu psychologicznego z odpowiedzią na najbardziej nurtujące ich pytanie – co było powodem mojego wejścia do TVP tamtego dnia. Ponieważ nigdy publicznie nie wypowiadałem się na ten temat, nikt nigdy nie dowiedział się, co wtedy mną dokładnie kierowało. W filmie panowie Piątek i Czapski (autorzy scenariusza) zdecydowali się pofantazjować na ten temat i w ich wersji przyczyną wtargnięcia Sebastiana do TVP było odrzucenie przez ojca-tyrana, który zostawił rodzinę dla innej kobiety i psychicznie znęcał się nad synem. Ponieważ ten film skutecznie miesza: prawdę, doniesienia medialne o mojej sprawie z fantazją twórców stworzoną na potrzeby tej produkcji, zachodzi realne ryzyko, że ludzie, którzy nas znają/kojarzą będą odbierać fikcyjne elementy tej historii jako prawdę, myśląc jednocześnie, że to wszystko przez mojego ojca. Przełożenie tego filmu na realne życie prawdziwych ludzi jest widoczne gołym okiem. To się już dzieje. Chciałbym zaznaczyć, że już odbieram jasne sygnały od ludzi z naszego miasta, którzy myślą, że brałem udział w produkcji. Lokalne gazety i portale informowały na pierwszych stronach o filmie na podstawie prawdziwego wydarzenia z 2003 roku. Ten film jeszcze przed polską premierą spowodował konsekwencje w naszym życiu, strach pomyśleć, jakie wywoła reakcje po premierze. Wizerunek mojego ojca, człowieka powszechnie znanego w naszym małym mieście, który całe życie ciężko pracował na swoją reputację, zostanie w jeden dzień zniszczony tą okrutną fantazją. Pytam już teraz: jak będziecie chcieli to naprawić?

W grudniu nasz ukochany ojciec doznał udaru pnia mózgu. Przeżył, ale z paraliżem połowy ciała znalazł się w szpitalu, gdzie po 2 tygodniach został zakażony covidem. Zamiast na oddział rehabilitacji trafił do innego, covidowego szpitala. Wiadomość o premierze tego filmu zastała nas z ojcem właśnie w takiej sytuacji: poudarowy paraliż połowy ciała, zakażenie koronawirusem, 30% płuc zajętych zmianami covidowymi i z zapaleniem płuc. Musiałem ukrywać przed ojcem informację o premierze tego filmu, z uwagi na jego stan – mógł tego zwyczajnie nie przeżyć.

Nasz ojciec rozmawiał osobiście z panem Piątkiem w 2018 roku, cierpliwie tłumacząc mu wszystkie delikatne aspekty powrotu do tamtych wydarzeń. Dziś tamte przestrogi nabierają szczególnego znaczenia i tym gorzej to świadczy o twórcach tego filmu.

Czasy są niezwykle trudne, nie brakuje teraz zdesperowanych ludzi, którzy zamiast inspiracji do brania spraw w swoje ręce potrzebują wsparcia i zapewnień o lepszej przyszłości, nadziei na poprawę ich życia i wyjścia z kłopotów, które teraz mogą im się wydawać nie do rozwiązania.

Byłem w tamtym studio. To ja sprowokowałem całe to wydarzenie, bez którego pan Piątek nie miałby materiału, który zwyczajnie ukradł – tak, świadomie używam tego słowa, pan Piątek wziął sobie to, co do niego nie należało. Wbrew mojej woli. To jest mało powiedziane, zrobił znacznie więcej. Tylko ja wiem dokładnie jak dużo pan Piątek ukradł i jaką szkodę wyrządził. Będę o tym wszystkim informował na moim blogu.

Ten film powstał również za pieniądze podatników. Mniej więcej połowa budżetu „Prime Time” (całość to 1mln euro) pochodzi z kieszeni Polek i Polaków. Moim obywatelskim obowiązkiem jest powiedzieć ludziom, na co poszły ich pieniądze i uświadomić ich, że ja nie zobaczyłem z tego ani złotówki. Watchout Studio, TVN, Agora SA, PISF, Krakowskie Biuro Festiwalowe, dystrybutorzy i wszyscy twórcy filmu – nikt z Was przez 2,5 roku produkcji tego filmu nie pofatygował się z próbą dotarcia do mnie i zapytania się mnie, czy ja w ogóle wyrażam zgodę na ten film i w takiej wersji. Tyle dla Was znaczy człowiek. Czy może się mylę? Sprawdźmy takim szybkim przykładem…

Producenci z Watchout Studio przed kręceniem biograficznego filmu o profesorze Relidze pt. „Bogowie” uzyskali zgodę rodziny pana profesora – jest o tym informacja na stronie PISF. Oczywiście nie ma porównania pomiędzy mną, a panem profesorem Religą. Dokonania pana profesora Religi są niezwykle szlachetne. Kim jestem ja przy takiej postaci? Chorym przestępcą, którego sąd postanowił odizolować od społeczeństwa i skierować na przymusowe leczenie. Można zatem powiedzieć, że pan profesor Religa jest na samym szczycie drabiny społecznej pod względem zasług i osiągnięć. Z kolei ja znalazłem się na samym dole tej hierarchii. W 2003 roku faktycznie spadłem z tej drabiny na samo dno.  Tylko ja i moja rodzina, moi najbliżsi, wiemy, jak taki upadek wygląda i jakie są jego konsekwencje. Tylko ja wiem, jakie były jego przyczyny. Na którym etapie tego upadku, albo tuż po nim, przestałem być człowiekiem albo stałem się nim trochę mniej niż był nim profesor Religa? W którym momencie odebrano mi prawa człowieka? Nie przypominam sobie, żeby jakikolwiek sąd oznajmił mi kiedykolwiek, że od danego momentu jestem człowiekiem gorszej kategorii albo nie jestem nim już w ogóle. Czy mamy jakieś dwie różne kategorie ludzi i człowieczeństwa? Czy mamy w Polsce dwie konstytucje, dla dwóch różnych kategorii obywateli: lepszych i gorszych, zasłużonych i wykluczonych? Rozumiem, że Konstytucja RP, w której obronie tak dzielnie stajecie każdego dnia, gwarantuje prawa innym, ale mi już nie, czy tak jest? Zapewniam wszystkich: nie trzeba uświadamiać mi, że tamtego dnia sam wykluczyłem się poza nawias społeczeństwa. Zrozumiałem to bardzo dobrze w momencie, gdy funkcjonariusze BOA KGP elitarnej jednostki z Pałacu Mostowskich postanowili wyładować na mnie swoje frustracje po nieudolnej akcji zaraz po tym, gdy uwolniłem Pana Tomasza i poddałem się, odrzucając od siebie i tak niegroźny, nienaładowany, gazowy pistolet. Jeśli ktoś świadomie i z premedytacją popełnił tamtego dnia przestępstwo w gmachu TVP, to nie byłem to ja, tylko funkcjonariusze Policji, którzy przekroczyli swoje uprawnienia. Dostali za to później nagrody, również finansowe. Ale to nie było tak, jak pokazał to pan Piątek, było ‘trochę’ inaczej. O ironio, na nagrody, uznanie i oklaski liczą teraz twórcy filmu „Prime Time”. Ten sam schemat.

Zgodę wybitnego i zasłużonego profesora, lekarza lub jego rodziny na kręcenie o nim filmu wypada mieć, prawda? A zgody pacjenta-wariata już nie? Chorego, uzależnionego od narkotyków przestępcę można tak wykorzystać, bo co? Bo on nie ma praw? Gdzie jest jakaś moja konstytucja, skoro Konstytucja RP zawiera prawa innych, ale nie moje?

A to cytat z artykułu z wypowiedzią mojego ówczesnego mecenasa, który ukazał się na łamach Gazety Wyborczej:

7 października 2003 | 00:00 Warszawa Wyborcza:

„- Wiem, że Adrian ma wyrzuty sumienia. Nie chciał też zostać żadną „super-star”. Ani ja, ani jego rodzice nie chcą, żeby stał się wzorem dla kogokolwiek.”

Tak było przez 18 lat i tak powinno być nadal.

W rozmowie z panem Piątkiem w 2018 roku nasz ojciec opowiedział mu historię, o której nie wszyscy wiedzą, ale którą mogłoby potwierdzić kilka osób. Gdy sprawa z 2003 roku była jeszcze całkiem świeża skontaktowało się z nami studio Andrzeja Wajdy, który był zainteresowany nakręceniem filmu o mnie i o tamtym wydarzeniu. Propozycja była kusząca. Wystarczyło jedno moje słowo i sam Andrzej Wajda robiłby film o mojej historii. Ale Andrzej Wajda usłyszał odpowiedź odmowną. Zrozumiał, jak delikatna jest to sprawa i przede wszystkim, jakie mogą być konsekwencje jej ekranizowania i uszanował naszą wspólną decyzję. Mieliśmy zatem nadzieję, że pan Piątek, słysząc o Wajdzie rezygnującym z tego tematu, postąpi tak samo. Któż, jeśli nie mistrz, miałby być drogowskazem dla ucznia? Pan Piątek o tym wiedział, ale przy produkcji „Prime Time” bardziej przejmował się międzynarodową sławą, premierą na znanym festiwalu, śladem węglowym podczas kręcenia filmu, recyklingiem kostiumów i scenografii, aniżeli dobrami osobistymi ludzi i ich życiem, do którego się zwyczajnie włamał.

Jaka jest Wasza hierarchia wartości? Czym są te ideały, którymi się codziennie zasłaniacie? Czym są dla Was prawa człowieka, prawa jednostki? Postanowiliście zamienić moją historię w ordynarny produkt komercyjny, który można sprzedać na Netflix’ie gotowy do spożycia przez miliony ludzi na świecie. Dokładnie w czymś takim uczestniczycie. Kim naprawdę jesteście? Obrońcami Konstytucji RP? Czy te ideały są dla was tylko na pokaz dla ludzi, którym chcecie sprzedać swoją gazetę, informacje i inne produkty, na które akurat jest popyt?

Nie mieszkam w Polsce, jestem pochłonięty pracą i swoimi obowiązkami, ale znajdę czas na batalię prawną. Zanim to nastąpi niech film popłynie światłowodami do domów Polek i Polaków (tak na marginesie, to ludzie już raz zapłacili za ten film, a teraz Netflix każe im płacić ponownie), niech go obejrzą wbrew woli mojej i mojej rodziny. Śmiało, zlinczujcie naszego ojca. Niech się spełni życzenie pana Jakuba Piątka, które jasno wyraził w wywiadzie dla Polskiego Radia:

‘’Film jest z ćwiczeniem z empatii, którym możemy podejrzeć inne życia i czemu by nie spróbować wejść do głowy czy wejść w emocjonalność kogoś, kto doprowadzony do ściany bierze broń i wchodzi do studia telewizyjnego i bierze zakładników.”

Nie było moim życzeniem, żeby ktokolwiek robił sobie ‘ćwiczenie z empatii’ na mnie i mojej rodzinie, a w kwestii wchodzenia do mojej głowy, to posłużę się przykładem kogoś z branży pana Piątka, chociaż jak już wiemy, kiepsko wychodzi panu Piątkowi naśladowanie autorytetów po fachu.

Marty Feldman, wyśmienity brytyjski aktor, komik i scenarzysta w dokumencie wyprodukowanym przez BBC pt. ‘’Six Degrees of  Separation” stwierdza następująco: „wszystko co mam, jest w mojej głowie, to należy tylko do mnie i chodzi o to, żeby trzymać ludzi od tego z daleka, chyba że samemu się ich tam zaprosi”.

Formuła filmu fabularnego i wizja artystyczna (zmiana imienia, dodatkowe postacie, koloryzacja fabuły na potrzeby dramaturgii) nie zwalniają z odpowiedzialności za naruszenie dóbr osobistych, nie zmieniają faktu, że film nawiązuje tylko do jednego zdarzenia i pomimo wszystkich zabiegów nadal ja i moja rodzina jesteśmy identyfikowani. Duet Piątek-Czapski wręcz puszcza oczko do publiczności, sugerując dokładnie, o które wydarzenie i którego sprawcę chodzi – to konkretne wydarzenie z moim udziałem. Mogę dokładnie wskazać palcem te sceny. I zrobię to na swoim blogu, zanim podejmę kroki prawne.

Nie mieliście mojej zgody na produkcję tego filmu od samego początku, nie macie też mojej zgody na jego dystrybucję.

Od 2003 roku przez całe 18 lat po tym incydencie nigdy nie miałem intencji zarobienia na tym choćby złotówki, nie chciałem żadnych filmów, wywiadów, ani reportaży. Nigdy nie chciałem zbijać kapitału na tym nieszczęściu. Intencje zysku, sensacji i rozgłosu są dziś po stronie Agory SA, TVN Film, Watchout Studio, pana Czapskiego, Razowskiego, reżysera Jakuba Piątka i ludzi, którzy z nim współpracowali. Taka jest między nami różnica.

Na koniec chciałbym jeszcze dodać od siebie następujące słowa:

Panie Tomaszu, najmocniej Pana przepraszam, byłem wtedy po prostu chory i to jest jedyne wytłumaczenie tamtego traumatycznego zdarzenia. Bardzo mi przykro, jest mi niezwykle wstyd za to, co Panu wtedy zrobiłem. Przepraszam jednocześnie wszystkich innych ludzi, których tamtego dnia tak bardzo wystraszyłem. Ubolewam nad tym i głęboko żałuję, że nie umiałem nad sobą wtedy zapanować.

Z poważaniem,

Adrian M.