Etyka TVN

TVN pokrzykuje, że ich stacja i ich dziennikarze patrzą politykom na ręce.

Jak oni patrzą politykom na ręcę, to my patrzmy na ich garderobę.

To jest jeszcze dziennikarka, czy już ambasadorka marki? A może tzw. ‘influencerka’?

Osobowość medialna – to określenie uwielbiam chyba najbardziej.

Chyba można mieć poważne trudności z rozróżnieniem.

To jest reklama, kryptoreklama, product placement? Cóż to jest u licha?

Po raz kolejny przypominam casus Pani Katarzyny Dowbor, która była prezenterką, a nie dziennikarką przesłuchującą z uczciwości polityków, która musiała pożegnać się z pracą za występ w reklamie.

W TVN najwyraźniej mają jakieś inne kodeksy, niż te, które przytaczam poniżej…

Jedno jest pewne – to nie jest dziennikarstwo.

https://tvn24.pl/polska/wyrok-tk-ws-tsue-decyzja-tsue-ws-nieuznawanej-izby-dyscyplinarnej-michal-wojcik-komentuje-5148545
https://www.chanel.com/gb/fashion/costume-jewellery/c/1x1x3x3/necklaces/
DZIENNIKARSKI KODEKS OBYCZAJOWY
(KODEKS ETYKI DZIENNIKARZY)
Kodeks Etyki Dziennikarskiej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich
https://web.archive.org/web/20140226194013/http://www.sdp.pl/s/kodeks-etyki-dziennikarskiej-sdp

Do “Gazety Wyborczej”

Kolejny list otwarty, ale już adresowany do redakcji ‘Gazety Wyborczej’,

Podobno milczenie jest złotem, owszem, ale nie tym przysłowiowym, które oznacza jakieś wyższe wartości, jest złotem, które można kupić w lombardzie, ukraść, przetopić, schować w sejfie, założyć na szyję, lub zrobić sobie z niego błyszczące koronki na zęby.

Nie oczekuję od waszej redakcji niczego. Nie mam złudzeń kim jesteście i na czym wam zależy. Informuję, że ten list zamieszczam na swoim blogu – inpoland.today

Stawiam „Gazecie Wyborczej” zarzut manipulowania opinią odbiorców jej treści. Stawiam wam zarzut hipokryzji, która zaczyna się od samego Adama Michnika. Stawiam waszej redakcji zarzut obłudy.

17tego czerwca 2021 opublikowaliście relację ze spotkania w Klubie Wyborczej, podczas którego padały bardzo doniosłe stwierdzenia, deklaracje, zapewnienia. (podaję link)

Pozwólcie, że przywołam kilka cytatów waszego szefa, Adama Michnika:

„…mamy do czynienia z procesem postępującej, nie tylko w Polsce zresztą, komercjalizacji mediów. Troska o prawdę jest wypierana przez to, co przynosi zysk.”

(…)

„Przyrzekam, że dopóki będzie ten zespół, to my z tej drogi nie zejdziemy. To jest droga prawdy i to jest droga, po której krocząc, mamy poczucie, że jesteśmy po dobrej stronie historii.”
(…)
Wartość zaangażowania w jakąś sprawę nie mierzy się szansami jej zwycięstwa, tylko wartością tej sprawy.
(…)
„Mamy poczucie, że bronimy tego, co dla polskiego społeczeństwa i dla Polski jest najważniejsze. Bronimy dobrze rozumianych wartości narodowych, wartości chrześcijańskich, wartości obywatelskich, bronimy też tego, co jest bezcenne: pluralizmu, wolności, prawdy i tolerancji. Bardzo byśmy chcieli, żebyście państwo zostali z nami i chcielibyśmy bardzo zasłużyć na wasze zaufanie.”

Muszę przyznać, że brzmi to naprawdę dumnie. Adam Michnik rozsiewa atmosferę uczestniczenia w czymś dobrym, słusznym i przede wszystkim koniecznym. W dwóch słowach – czysty idealizm.

Dokładnie taki ton nadaje tej ‘naszej sprawie’ Adam Michnik. Celowo piszę ‘nasza sprawa’ – po włosku to ‘cosa nostra’, a jak wiemy, najważniejszym prawem cosa nostry, jest prawo omerty – zmowy milczenia.

Do niedawna żyłem w przeświadczeniu, że słowa potrafią być potężną bronią. Dzięki Wam już wiem, że równie groźnym zjawiskiem jest milczenie.

Wiem o milczeniu sporo, ponieważ długo sam milczałem i z tego również nie jestem dumny. Fascynująca i przerażająca kategoria z tego milczenia, muszę przyznać.

Pamiętajmy, że człowiek może milczeć z kilku powodów, np. z niewiedzy, lub też intencjonalnie z własnej woli albo z konieczności, ze strachu.

Przytoczę kolejny fragment z waszego spotkania:

ALEKSANDRA KLICH:

„DNA „Wysokich Obcasów” są nasi czytelniczki i czytelnicy. „Wysokie Obcasy” są – mam nadzieję – takie, jak Państwo. Tak samo śmiałe, tak samo odważne, tak samo zaangażowane w bronienie demokracji, w sprawy społeczne. Są tak samo wrażliwe na krzywdę słabszych, wykluczanych, na wszelkie dyskryminacje, są takie, jak wy.”

Reasumując powyższe deklaracje otrzymujemy obraz „Gazety Wyborczej” jako obrońcy kluczowych dla demokracji wartości i praw człowieka – również tego człowieka, który może czuć się wykluczony.

Droga Redakcjo, śmiem twierdzić, że jest to nie tylko kompletne pustosłowie, ale zwyczajne kłamstwo. To jest mistyfikacja, ponieważ mój przypadek pokazuje, że sprzeniewierzacie się tym wszystkich ideałom, które dumnie prezentujecie na swoich sztandarach, a którymi kusicie kolejnych czytelników, inwestorów, akcjonariuszy.

Liczy się dla was tylko ZYSK.

W trosce o zysk jesteście w stanie posunąć się do bardzo nieprzyjemnych praktyk.

Sytuacja w Polsce jest niezwykle trudna, skomplikowana i uważam, że to jest też w dużym stopniu wasza ‘zasługa’.

Aktualnie bijecie na alarm, że władza próbuje kneblować usta dziennikarzom, że chce zniszczyć wolne media.

Moje doświadczenia z wami pozwalają mi wyrazić głęboką obawę, że tak naprawdę, to wy kneblujecie usta – swoim własnym dziennikarzom.

Z obawy o zysk, o pieniądze, o nic innego.

Skąd ten zarzut? Sami dobrze wiecie, ale pozwólcie, że wam i waszym czytelnikom przypomnę.

Na kilka dni przed premierą filmu Jakuba Piątka ‘Prime Time’ wysłałem do waszej redakcji list otwarty, w którym bardzo przejrzyście opisałem jak wielką krzywdę wyrządza ten film, jak strasznie jest on przeze mnie i moją rodzinę niechciany.

Pamiętajmy, że nie mówimy o jakimś tam pokazie kina offowego w Tapczanowie Dolnym z projekcją dla 30 hipsterów w sweterkach z lat 80tych wyświetlanym na prześcieradle rozciągniętym na sznurze do prania. Mówimy o filmie dostępnym dziś na Netlifxie w ponad 190 krajach dla 200mln zarejestrowanych użytkowników. To trochę zmienia optykę. To zmienia całą mechanikę problemu…

Wysłałem wam i innym redakcjom mojego maila.

Odpowiedział mi dziennikarz waszego działu Kultura, którego imię i nazwisko stosownie przemilczę tak samo, jak Umberto Eco przemilczał nazwę klasztoru w „Imieniu róży”. Dziennikarz zaoferował w imieniu redakcji zainteresowanie sprawą, publikację mojego stanowiska z fragmentami mojego listu oraz rozmowę telefoniczną. Oczywiście rozmowa telefoniczna nie wchodziła w rachubę z wiadomych powodów. Na publikację fragmentów mojego listu otwartego, czyli de facto jego ocenzurowanie, absolutnie nie wyraziłem zgody. Następnie była weryfikacja mojej tożsamości – wysłałem mój dyplom ukończenia studiów ze zdjęciem i wszystkimi danymi osobowymi.

Rozmowa wędrowała w pozytywnym kierunku. Redaktor był bardzo empatyczny i miał szczery zamiar zaangażowania się w sprawę dla jej rzetelnego przedstawienia. Miałem zakomunikowane, że rozmawiał z szefami działu i stanęło na tym, że będzie opublikowany tekst o całej sprawie z linkiem do listu otwartego na moim blogu. Redaktor film obejrzał i już w tych wstępnych mailach przyznał, że twórcy ewidentnie przenieśli pewne element z prawdziwego wydarzenia. A było to jeszcze na długo przed moim postem pt. Meritum, w którym wymieniłem najważniejsze i najpoważniejsze zarazem elementy, które twórcy tego filmu wbrew mojej woli przenieśli na ekran – bezczelnie ukradli, nazwijmy to po imieniu. Naprawdę chylę czoła przed zaangażowaniem waszego dziennikarza w sprawę – był wybitnie zainteresowany przedstawieniem jej w obiektywny sposób i bez pomijania oczywistej kontrowersji związanej z faktem, że w produkcję jest zaangażowany Next Film, firma należąca do Agory. W jednym z maili pada następujące stwierdzenie waszego dziennikarza

„tak, dostrzegłem dużo podobieństw. Jest oczywiście też trochę rzeczy pozmienianych, ale nie wiem, czy to wystarcza twórcom, żeby prawnie byli zabezpieczeni (moralnie ten film w oczywisty sposób jest wątpliwy)”.

Tak na marginesie tylko chciałbym zauważyć, że to właśnie kwestie etyczne powinny (przynajmniej) decydować o tym, czy coś jest prawnie dozwolone, czy też nie. Prawo wyłania się z etyki, nie odwrotnie. Gdyby było odwrotnie, to świat stałby na głowie, tak jak zresztą stoi teraz!

Następnie dziennikarz zadeklarował przesłanie mi tekstu do autoryzacji i bardzo jasno stwierdził, że jeśli ja uznam, że tekst mógłby mi albo mojej rodzinie zaszkodzić, to oczywiście wstrzyma publikację.

Decyzja miała należeć do mnie.

Wymieniliśmy następnie kilka dodatkowych maili i wreszcie otrzymałem tekst.

Artykuł zawierał kilka drobnych nieścisłości, które kulturalnie zaakcentowałem. Była w nim wypowiedź pani prawnik, która podzieliła się swoją opinią, bardzo generalną, ale uważam jak najbardziej trafną na tamtym etapie.

W tym artykule było również kłamliwe stanowisko producentów z Watchout Studio, którzy podali obrzydliwie zakłamaną wersję kontaktów Piątka z moim ojcem, twierdząc, że urwał on z nimi kontakt. Oczywiście podesłałem prawdziwą sekwencję telefonicznych kontaktów z Piątkiem zaznaczając, że Jakub Piątek miał wręcz łopatologicznie wyjaśnione, dlaczego ten film nie może zawierać żadnych zapożyczeń z wydarzenia z moim udziałem.

W imieniu Jakuba Piątka bezczelnie kłamał pan Krzysztof Terej z Watchout Studio i ja to sprostowałem podając prawdziwą kolejność i treść telefonów Jakuba Piątka z moim ojcem, który konsultował sprawę ze mną pomiędzy telefonami z Piątkiem.

Dziennikarz uwzględnił naszą wersję kontaktów z Piątkiem, co uważałem za konieczną i jak najbardziej słuszną korektę tekstu, ponieważ czytelnicy powinni mieć przecież prawo usłyszeć dwa głosy dwóch spornych stron, żeby sobie mogli samemu ocenić, kto mówi prawdę, a kto obrzydliwie kłamie.

W tekście miała się również znaleźć wzmianka o kontaktach ze studiem Wajdy, który był zainteresowany moją historią i finalnie odrzuceniu oferty Mistrza.

Następnie wymieniliśmy sobie kilka kurtuazyjnych maili. Podziękowałem szczerze za zainteresowanie i najnormalniej w świecie oczekiwałem na publikację tekstu na łamach „Gazety Wyborczej”, a ściślej mówiąc oczywiście jej wersji elektronicznej.

Tak się nie stało. Minął cały weekend, a tekst się nie ukazał.

Musiałem zapytać i uprzejmie poprosić o link do artykułu po dwóch dniach bez publikacji. W odpowiedzi usłyszałem, że ów dziennikarz zdecydował się wycofać tekst z publikacji, co argumentował troską o zdrowie moich rodziców, którzy ciężko znosili (i nadal ciężko znoszą) tę sprawę.

Odpisałem ze zdumieniem, że to nie ja ani on jesteśmy odpowiedzialni teraz za zdrowie moich rodziców (i moje, mojej żony również), tylko producenci i dystrybutorzy filmu. A przede wszystkim to burza medialna już się działa w tym czasie, bo o sprawie pisały: WP, Onet, Fakt, lokalne media w naszym mieście, Tomasz Raczek jako pierwszy nagłośnił problem, poświęcił tej sprawie sporą część swojego podcastu radiowego, za co jestem mu dozgonnie wdzięczny, NaTemat, Newsweek, w którym Krzysztof Varga stwierdził, że mój post wywołał u niego więcej emocji niż cały film Jakuba Piątka, zatem argument o niepublikowaniu tekstu z uwagi o medialny hałas był wtedy zupełnie bezzasadny – to już się przecież działo. Ten argument był wręcz bezczelny i obrażający, bo w tym samym czasie „Gazeta Wyborcza” promowała ten film całą serią innych artykułów, np. o tym w jakich czapeczkach i trampach biegał po planie bohater grany przez Bartosza Bielenię. Tak, cała ta promocja współproducenta filmu, którym jest Agora, na pewno bardzo dobrze robiła naszemu zdrowiu, a tekst, który miał nagłośnić sprawę i pokazać kontrowersję z nim związaną, w którym czytelnicy mogliby przeczytać jak odpowiadam na bezczelne kłamstwo Tereja i Piątka, to już nie, na pewno by nam nie pomógł, tylko by zaszkodził…

Napisałem wam, że w mojej ocenie dziennikarz miał bardzo dobre intencje, ale z mojej perspektywy wygląda to tak, że zamknięto mu usta, że redakcja wywarła na nim presję, żeby ten tekst nie został opublikowany.

Bardzo jasno dałem waszej redakcji do zrozumienia, że niepublikowanie tego teksu wcale nie służy naszemu zdrowiu, tylko służy producentom tego okropnego filmu! Służy wam!

Nie dostałem żadnej odpowiedzi. Kontakt się urwał. Autor nieopublikowanego nigdy tekstu nie napisał do mnie z próbą przekonania mnie, że to była faktycznie jego osobista decyzja, żeby nie puszczać tego tekstu. Nie tak się umawialiśmy – to ja miałem o tym zadecydować, gdym uznał tekst za mogący spowodować jakiekolwiek nieprzyjemności dla moich rodziców i to padło z jego (waszej) strony, ja sam o to nie musiałem nawet prosić!

Doskonale wszyscy wiedzieliście, że to właśnie mi zależało na tej publikacji i że decyzja o niepuszczaniu tego tekstu może służyć tylko producentom i dystrybutorom, nie mi. Przełożyliście ich i wasz interes nad zdrowie jednego człowieka i jego rodziny, który tak naprawdę stara się teraz powalczyć o standardy dla innych, żeby takie Piątki, Tereje, Bielenie i Czapskie wiedziały dokładnie, co im wolno, a czego robić absolutnie nie mogą!

Nie wierzę, że to wasz dziennikarz z własnej woli wycofał się z publikowania tego tekstu. Uważam, że zakneblowaliście mu usta.

Poważny zarzut, tak, zdaję sobie z tego sprawę, ale bardzo mi przykro – tak to właśnie wygląda z mojej strony. Wszystkie moje maile z tym dziennikarzem, jego głębokie przejęcie problemem, zaangażowanie i nagle cisza, brak kontaktu z otrzymanym po moim kolejnym mailu wyjaśnieniem, które nie miało odzwierciedlenia w prawdzie – to wszystko niestety ale daje do myślenia i nie trzeba długo myśleć, żeby taki zarzut sam się objawił. To wy stworzyliście taką sytuację, nie ja. To wy sami siebie postawiliście w takim świetle.

Oskarżam zatem „Gazetę Wyborczą” o wewnętrzną cenzurę, o krępowanie wolności dziennikarskiej jej własnych dziennikarzy.

Powiedzcie teraz wprost mi i swoim czytelnikom, że opowiadam kalumnie i że to była samodzielna decyzja waszego autora. Śmiało, zróbcie to. Oskarżam was o to, że sprzeniewierzyliście się idei dziennikarstwa, czyli naczelnej zasadzie, która nakazuje pisać i nagłaśniać prawdę. Niech wyjdzie ów dziennikarz i powie, że to on sam podjął taką decyzję, niech pod swoim imieniem i nazwiskiem broni waszego tytułu. Jeśli ja mam rację i moje podejrzenia są słuszne, to już jego sprawa, jego sumienie mnie nie obchodzi.

Wersja, że to była jego indywidualna decyzja, nie przekonuje mnie i nie ma potwierdzenia w faktach.

Prawda o was jest taka, że nie bez powodu przezywa się was „Gazetą Wybiórczą”. Dziennikarstwo, jego misja, nie polega na wybiórczości. Polega na informowaniu, na podawaniu do publicznej wiadomości choćby najbardziej niewygodnej, nieprzyjemnej i trudnej do zaakceptowania prawdy. Jestem w oczywistym sporze z twórcami tego obrzydliwego, beznadziejnie zrobionego, zbędnego i przede wszystkim krzywdzącego filmu, a waszym obowiązkiem było o tym poinformować, bo tu nie chodzi wcale o mnie, tylko o standardy, o to, co producenci mogą, tu chodzi o prawa człowieka do jasnej cholery, wcale nie o mnie. Mi już elitarna jednostka warszawskiej policji dawno temu udowodniła, że nie mam żadnych praw. Wtedy o tym brutalnym pobiciu pisaliście – dziękuję za to uprzejmie, a teraz o was samych nie chcecie już pisać. Wybraliście uciszenie mnie i mojego głosu sprzeciwu wobec tego kolosalnego świństwa, które właśnie wydarza się i cały czas jest dostępne dla ponad 200mln ludzi na świecie.

Istotą tego sporu jest bardzo poważne naruszenie dóbr osobistych, szczególnie tych, które powinna przynajmniej z zasady chronić tajemnica choroby, a przede wszystkim Konstytucja RP. Nie byłem i nie jestem urodzonym przestępcą, zdemoralizowanym i nienaprawialnym. Dokonałem w swoim życiu potężnej przemiany i osiągnąłem sporo osobistych, drobnych ale niezwykle dla mnie ważnych, sukcesów. Jestem człowiekiem i mam prawa, których będę dochodził. Pokonałem wszystkie swoje uzależnienia, ujarzmiłem chorobę, nie popełniłem żadnego kolejnego przestępstwa, wyedukowałem się i bardzo ciężko pracowałem, żeby uczciwie i godnie żyć. I całym swoim jestestwem sprzeciwiam się, żeby jakaś grupka ‘kreatywnych inaczej’ hipsterów żerowała na moim życiu i moim osobistym dramacie, który tak naprawdę wytrącił całą moją najbliższą rodzinę z orbity normalnego życia i zmusił ją do udźwignięcia jakże ciężkich konsekwencji nie ich własnych błędów przecież, lecz moich. To ich prawa są tu jeszcze bardziej pogwałcone, aniżeli moje. To ich godność i prawo do prywatności zostały dosadniej naruszone. To o nich powinniście się bardziej zatroszczyć, skoro mnie byliście w stanie tak instrumentalnie potraktować. Gdzie jest ta wasza empatia dla nich?

Tekstu nie chcieliście drukować, niby z troski o moją rodzinę, ale film promowaliście pełną parą!

Przepraszam, ale to jest zwykłe świństwo, nazwijmy to po imieniu.

Nie wmawiajcie swoim czytelnikom, że odbiera się wam prawo do pisania i mówienia prawdy, skoro sami z tego prawa rezygnujecie.

Nie mówcie ludziom, że dzieje się wam krzywda, skoro sami z premedytacją odwracacie głowę od krzywdy, o której macie pełną świadomość, że się wydarza na waszych oczach.

Nie próbujcie przekonywać nikogo, że jakaś władza atakuje wolność słowa, skoro dla was ta wolność oznacza wolność od obowiązku mówienia prawdy.

Wolność mediów nie znaczy, że ‘piszemy o czym chcemy i jak chcemy’. Macie złą definicję tej wolności w waszych umysłach.

Jeszcze raz słowa waszego naczelnego:

Adam Michnik: „…mamy do czynienia z procesem postępującej, nie tylko w Polsce zresztą, komercjalizacji mediów. Troska o prawdę jest wypierana przez to, co przynosi zysk.”

Ze mną zrobiliście dokładnie to, na co utyskuje Michnik, samozwańczy moralizator życia Polek i Polaków, który chyba już kompletnie uwierzył, że zamienił się w parasol wartości rozpięty nad całą Polską – przełożyliście własny zysk nad troskę o prawdę.

Sprzeniewierzyliście się idei dziennikarstwa tylko i wyłącznie z lęku o wasz zysk, o wasze brudne pieniądze. Zbrukaliście dziennikarstwo dokładnie tym, co wytykacie innym nazywając to ‘komercjalizacją mediów’.

Oskarżam was o to, że nie jesteście dziennikarzami, tylko przedsiębiorcami, handlarzami wybiórczo podaną informacją.

Skoro nie chcieliście pisać o mnie, to o czym jeszcze nie chcieliście informować? Komu jeszcze odebraliście możliwość mówienia o jakiejś ważnej sprawie? Ja już wiem, że z troski o siebie i swoich partnerów biznesowych uciszacie ludzi i ich problemy. Zachodzi uzasadnione podejrzenie, że ukręciliście łeb znacznie poważniejszym sprawom. Ja jestem tylko jakimś tam wariatem, który podnosi raban w sprawie podrzędnego filmu ‘klasy Z’ nakręconego przez ludzkie kserokopiarki, nie przez artystów z powołania.

Zupełnie przypadkowo stałem się też papierkiem lakmusowym sprawdzającym waszą ‘zasadowość’, no i niestety okazało się, że wasze pH jest kwaśne i śmierdzi!

To właśnie w świecie brutalnego kapitalizmu nikt nikogo nie będzie oskarżał, że troszczy się o swój interes, o swój zysk, o swój biznes – jak Discovery Inc. o równie winny w tej sprawie TVN – waszego wspólnika w tym skandalu.

Dlatego przestańcie się nazywać dziennikarzami.

Jesteście „Gazetą Wybiórczą” i zaprzeczeniem dziennikarstwa.

Redaktor Michnik szczególnie upodobał sobie ostatnio Dekalog i gdzie tylko może jawi się jako jego zaciekły apologeta.

Dekalog, jak doskonale wszyscy wiemy, został przekazany Mojżeszowi przez Boga Jahwe na Górze Synaj. To miejsce, dokładnie właśnie ta góra, której piękna arabska nazwa brzmi Dżabal Musa, a po hebrajsku Horeb, ma dla mnie szczególne znaczenie. Na jej szczycie o wschodzie słońca oświadczyłem się mojej żonie. To miejsce łączy w sobie, niczym hermeneutyczny węzeł, kluczowe pojęcia dla naszej wspólnej cywilizacji tkane nićmi kilku tradycji, języków i wyznań. Mam w swojej kolekcji rycinę z połowy XVI w., która przedstawia dzieje Mojżesza właśnie z Górą Synaj w tle, a na jej pierwszym planie widać przepiękne postaci Mojżesza, jego żony, Aarona i Miriam z wygrawerowanym  łaciną cytatem, który dedykuję Adamowi Michnikowi:

‘Beati mites quoniam ipsi possidebunt terram’

“Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię.”
Ewangelia Mateusza, 5-5

Uciszając mnie, uciszając mój głos sprzeciwu i promując to obrzydlistwo wyprodukowane wspólnie z Watchout Studio, odebraliście sobie sami legitymację dziennikarską. Nikt, żadna władza, nie musi za was tego robić.

Pogłębmy nieco dyskusję o problemie.

Od Arystotelesa wiemy, że prawda jest zgodnością naszych stwierdzeń z rzeczywistością, co św. Tomasz przekuł w Veritas est adeaequatio rei et intellectus, co brzmi jeszcze piękniej, gdyż już bezpośrednio kojarzy dwa różne światy: świat umysłowy z materialną rzeczywistością.

Św. Jan w pierwszym wersecie swojej ewangelii mówi do nas: „Na początku było Słowo,

a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo”, dodając tuż zaraz: „Słowo stało się ciałem”.

Fascynujące jest samo rozważanie o tych sprawach! Prawda jest zatem czymś, co łączy dwa różne światy, jest mostem pomiędzy tym, co nieśmiertelne, boskie i piękne, co można próbować tylko umysłem odkrywać, ze światem, który przemija, jest ułomny i którego codziennie doświadczamy naszymi zmysłami.

Prawda jest efemerycznym bytem, który objawia się nam tylko wtedy, gdy o niej mówimy. Milczenie ją odgania, nie uśmierca ostatecznie i bezpowrotnie, ale przepędza. Milczenie może prawdę konserwować, ale tylko wtedy, gdy jest słuszne i konieczne.

Prawda jest jak nienamalowany jeszcze obraz, który malarz już widzi przed sobą w swojej duszy. Jest jak nienapisany jeszcze wiersz, który już bije w sercu poety. Prawda jest jak muzyka, która gra tylko w umyśle szalonego kompozytora wzdrygająca jego ciałem, jak marionetką na niewidzialnych sznurkach, jeszcze nie spisana na pięciolinii, niesłyszalna dla nikogo.

Trzeba jej dać przestrzeń i czas, medium i determinację. Istnieje, ale nie wydarzy się przed nami, jeśli nie będziemy tego chcieli. Trzeba jej dać miłość i pokochać ją, choćby była szpetna i zawstydzająca.

Najwspanialsze dzieła sztuki naszej wspólnej cywilizacji nie są o rzeczach tylko pięknych i przyjemnych, których miło się doświadcza. Najwybitniejsze dzieła traktują o cierpieniu i dramacie, który rozgrywa się właśnie tam, gdzie dusza łączy się z ciałem, w zanurzeniu logosu w instynkt ciała.

Sztuka jest prawdą. Im bardziej twórca oddala się od prawdy, tym mniej ma do powiedzenia, tym mniej istnieje świat, który stwarza. I odwrotnie: im bardziej autentyczny jest sam proces twórczy, tym piękniejsza i żywsza jest fikcja, którą artysta tworzy. Nierealne światy, o których istnieniach nie mieliśmy pojęcia, tętnią życiem przed nami tylko dlatego, że proces ich tworzenia był szczery i prawdziwy. Najmniejsza domieszka fałszu niweczy cały wysiłek i bezpowrotnie uśmierca dzieło.

Sztuka odrzuca kłamstwo. Nie ma w niej miejsca na fałsz. Najbardziej renomowany dom aukcyjny na świecie może oczywiście sprzedać za pół miliarda dolarów obraz Zbawiciela Świata, ale Sztuka wypluwa poza siebie to oszustwo i nigdy nie pozwoli mu przetrwać, zepchnie je w niepamięć, w niebyt, w niesławę, a jej autorów skarze na wędrówkę po piekle w towarzystwie Wergiliusza. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości, ponieważ widzieliśmy to już nie raz.

Sztuka jest prawdą, a prawda jest logosem, którego możemy dotknąć i doświadczyć zmysłami w materialnym świecie.

Poczuć rozum: własny, czyjś, obcy, wspólny, boski – to nam umożliwia sztuka, tym jest właśnie prawda, jest czującą myślą, jest myślą wzbogaconą o uczucia, które pozwalają czasami lepiej rozumieć rzeczy i stany nieuchwytne myślą. Sztuka jest bogiem, jest wszechświatem, jest nieznaną liczbą i jej odkrytymi prawami.

Wspinając się w nocy na górę Synaj natrafimy na miejsce, gdzie gwiazdy są naprawdę blisko, na wyciągnięcie ręki.  Św. Anzelm argumentował za istnieniem Boga, że przecież nic innego większego i słusznego nie można pomyśleć. Uwielbiam ten fragment „Proslogionu”, to wyjątkowa chwila w dziejach ludzkiej myśli, piękny moment wzbicia się na wyżyny naszych możliwości. Oto Bóg istnieje tak bardzo, jak bardzo tego chcemy i pragniemy. Wszystko, co piękne, złe, szpetne lub dobre, wszystko to znajduje swoje miejsce i wytłumaczenie. Nagle to wszystko można zrozumieć i zobaczyć, choćby tylko przez krótką chwilę, jak te gwiazdy w zasięgu dłoni.

Na górę Synaj wchodzi się w ciemnościach nocy, żeby rozmawiać ze sobą, żeby rozmawiać z Bogiem, ale na szczycie i o świcie słońca żaden Jahwe nie zajaśnieje na horyzoncie, jeśli tej wspinaczce nie nada się osobistego znaczenia. W tej wędrówce przez mrok ku światłu nie ma sensu, jeśli sami go nie potrafimy choćby tylko wyczuć – jeśli nie ma go w sercu, nie ma go w umyśle, nie ma go dla nas nigdzie.

Fides quaerens intellectum – wiara poszukująca zrozumienia, tak mawiał mój ukochany św. Augustyn, którego duszę trawił ciężar grzechu dziecięcej wyprawy po gruszki skradzione z sadu tylko po to, żeby je wyrzucić.

Wiara poszukująca zrozumienia… Trzy słowa, a jakże piękne! Uwielbiam kontemplować tę myśl, oddawać się jej i patrzeć, gdzie mnie zabiera. Staram się usilnie zrozumieć moją wiarę w to, co słuszne i prawdziwe, w mój rozum, ale gdzie jest ta prawda, skoro o niej się nie mówi, gdzie mam znaleźć dla niej przestrzeń?

Dziennikarze „Gazety Wyborczej” zarzucili mi w 2003 roku pogardę Dekalogu. Tak właśnie zatytułował wtedy swój komentarz Piotr Stasiński, doktor nauk humanistycznych – „Pogarda Dekalogu”. Nie zamieniając ze mną ani jednego słowa okrasił całe to wydarzenie, które śmiało można nazwać dramatem mojej młodości i traumą mojej rodziny, jakże niesprawiedliwym, chybionym i bolesnym komentarzem.

Kim jesteś dziennikarzu „Gazety Wyborczej”, żeby wyrokować, co jest pogardą Dekalogu? Kto dał tobie tak zacny tytuł i funkcję obrońcy Dziesięciu Przykazań?

Z ubolewaniem patrzę na to, jak zaprzepaściliście szansę na stworzenie czegoś wyjątkowego, czegoś słusznego, co mogłoby stać się właśnie tym mostem łączącym dwa różne światy, o których pisałem powyżej. Zniszczyliście to doszczętnie własną pychą i próżnością.

Zamiast opowiadać komunały o Dziesięciu Przykazaniach jedźcie do Egiptu ich poszukać w nocy na Górze Synaj.

Zamiast skazywać Prawdę na banicję, uderzcie się w pierś i przeproście, bo macie doprawdy za co przepraszać. Nie mnie, bo ja prawdę znam. Swoich czytelników, bo przed ich wzrokiem przepędzacie Prawdę zamykając ją w więzieniu ignorancji.

W kole Samsary ignorancja jest przedstawiona jako ślepiec bezradnie macający kijem drogę, po której błądzi w nieustannym cierpieniu narodzin i śmierci w oceanie fałszu i iluzji.

Właśnie w takich ślepców zamieniacie swoich wiernych czytelników. Intencjonalnie, z obawy o przegrany pozew w sądzie, z obawy o pieniądze…

Nie bez powody przywołałem Eco. W jego powieści rogi stron manuskryptów z cenną wiedzą były nasączone trucizną, z obawy właśnie przed poznaniem prawdy przez ciekawskiego jej czytelnika.

Prawdy nie da się ukryć. Nieważne, jak bardzo będziecie się starać.

Wstyd, Gazeto.

Adrian M.

#primetime #jakubpiatek #bartoszbilenia #lukaszczapski #watchoutstudio #tvn #tvn24 #adammichnik #gazetawygorcza #kultura #sztuka #prawda

Kłopoty TVN

Oto oświadczenie Discovery w sprawie aktualnych problemów tego nadawcy w Polsce:

https://tvn24.pl/polska/oswiadczenie-discovery-inc-w-zwiazku-z-projektem-ustawy-medialnej-przygotowanej-przez-grupe-poslow-pis-5146522?fbclid=IwAR2HgRsdpzQmBHOf6QbAidCL95m3C1qaMjUrcYYOKXAfNa_hnq3HcXaGYHE

Widać już jak na dłoni, o co naprawdę im chodzi. W dwóch lakonicznych zdaniach właścicieli z Ameryki dwukrotnie pada słowo ‘biznes’.

Im tylko chodzi o kasę, o nic innego. W dupie mają Polskę, Polki i Polaków. Sprzedadzą ten ich BIZNES bez mrugnięcia okiem i zainwestują te miliardy gdzie indziej, żeby dalej robić BIZNES.

Niech się nikt nie łudzi, że chodzi o coś innego. Tylko o pieniądze.

Ja po TVN’nie płakał nie będę. Równie dobrze może na ich miejsce wejść Russia Today, albo Fox News – nie ma żadnej różnicy, to jest dokładnie ten sam poziom.

Podstawą prawną udzielania koncesji nadwcom nie powinny być jakieś głupie artykuły o pochodzeniu kapitału i jakieś narodowe sentymenty. Etyka powinna być podstawą tej ustawy i koncesje powinny być odbierane w przypadku poważnych naruszeń, np. kwestii związanych chociażby właśnie z prawami człowieka.

Telewizja, która przedkłada finansowy zysk nad kwestie etyczne, nie ma moralnych podstaw do nadawania. Koniec kropka.

Jestem w trakcie pisania mojego wniosku do KRRiT. Mam nadzieję, że Amerykanie będą musieli pakować walizki.

Te broszki od Gucciego i torebki od LV… Rzygać mi się chciało jak na to patrzyłem.

A w kwestii demokracji i wolności słowa – od tego są wybory i jak ludzie chcą żyć w lepszym kraju, to niech przy urnach wyborczych o tym zdecydują. Jak siedzą na dupach i karmią się papką z ekranu, to już ich wola i problem.

P.S.
Widziałem odbiór nagrody w Białymstoku 🙂
Żeby być dobrym człowiekiem, to nie wystarczy wyjść na scenę i powiedzieć, że rodzice wychowali cię na dobrego człowieka. To za mało. Żeby być dobrym człowiekiem trzeba np. nie kłamać.

P.S.2
Wracam na kontynent, bo znudził mi się Brexit.

Koncesja TVN24

Podobno we wrześniu wygasa koncesja TVN24. W sprawę zaangażowała się ambasada USA. Dziś mój ulubiony portal plotkarsko-informacyjno-tabloidowy, czyli gazeta.pl podał za ‘Rzeczpospolitą’ (artykuł tutaj) taką oto informację:

Ambasada USA chciała spotkania w KRRiT ws. koncesji dla TVN24. Do rozmów nie doszło.

Bardzo to ciekawe i to z wielu powodów oraz na wielu płaszczyznach. Pytania rodzą się same. TVN należy oczywiście do amerykańskiego koncernu Discovery – światowego giganta branży medialnej, który w Polsce zarabia robiąc własną telewizję. Bardzo ciekawa jest informacja o tym, że to przedstawiciel ambasady chciał rozmawiać z KRRiT o przedłużeniu koncesji dla amerykańskiej telewizji. Według doniesień prasowych, gdy KRRiT postawiła warunek nagrywania spotkania, to ambasada USA spłoszyła się i zrezygnowała ze spotkania – Bix Aliu, chargé d’affaires ambasady Stanów Zjednoczonych, usilnie zabiegał o to spotkanie. KRRiT była nieugięta w kwestii rejestracji rozmowy i finalnie do niej nie doszło.

Jak podaje Rzeczpospolita, właścicielem TVN SA jest spółka Polish Television Holding BV, zarejestrowana w Holandii…

Wielki świat, wielkie koncerny, wielkie pieniądze i zaangażowani w to politycy…

A zwykły obywatel dostanie produkt do spożycia. W menu mamy: informację, dezinformację i brak informacji.

Fake news! Historia tego hasła jest pasjonująca, ale nie o tym teraz. Do niedawna żyliśmy w schizofrenicznej wojnie medialnej pomiędzy tym, co było prawdziwą informacją, a jej zaprzeczeniem, czyli fake news’em. Metafora wojny jest jak najbardziej trafiona, ponieważ świetnie ilustruje problem. Oto schowani jak myszy pod miotłą obywatele, patrzą jak dookoła wydarza się kompletna pożoga o władzę i wpływy, a tu z nieba spadają na nich ulotki zrzucane z samolotów startujących po przeciwnych stronach frontu. Propaganda vs. propaganda. Co jest prawdą, a co jest kłamstwem? Która ulotka zrzucona z którego samolotu jest objawioną prawdą spadającą z nieba? Pytanie za milion dolarów. A może za miliardy? Brak ulotki, to też jest stanowisko!

Rozumiem, że ambasador USA reprezentuje interesy swojego kraju w Polsce i stara się umacniać wpływy USA. Nie ma w tym nic szokującego, to jest jego praca. Zastanawia mnie jednak skala tej kwestii, jej rozmiar. Jak mawia starożytne chińskie przysłowie – rozmiar ma znaczenie.

Czy z tą samą gorliwością ambasada USA zabiegałaby o wpływy jakiejś małej firmy zza oceanu, która postanowiła zarabiać również na rynku polskim? Śmiem wątpić.

– Czas to pieniądz! Woła do nas Benjamin Franklin wygrawerowany na studolarówce! Tu chodzi tylko i wyłącznie o pieniądze. O nic innego. Na pewno nie chodzi o ‘wolne media’.

Ktoś mógłby powiedzieć, że właśnie o wolne media toczy się dziś prawdziwa walka. A ja przekornie zapytam: wolne od czego? Od politycznych wpływów? Może wolne od biznesu? A może wolne od etyki i przyzwoitości? Moja odpowiedź: wolne od prawdy.

Cóż to za ‘wolne media’, które mają być wolne od prawdy o sobie?

Aż się ciśnie na usta ks. Tishner i jego sentencja o trzech prawdach!

Solon, myśliciel ze starożytnej Grecji uznawany zresztą za jednego z ojców prawa, mawiał już ponad 2.5tyś lat temu, że ‘ludzie nie lubią słuchać prawdy o sobie’.

Adrian M. dodaje: ale o innych już tak!

Chciałbym poinformować, że napiszę pismo do KRRiT z moją opinią, a co tam, nazwijmy to dumnie ‘obywatelskim wnioskiem’, w którym będę przekonywał, że TVN24 nie powinien mieć przedłużonej koncesji na nadawanie w Polsce i będę to argumentował faktem zamiatania pod dywan niewygodnej dla TVN prawdy związanej z filmem, który współprodukowali – dla zysku, bo przecież dla niczego innego. Etyka dziennikarska powinna ich zobowiązać przynajmniej do nawiązania dialogu ze mną i wysłuchania mnie, a następnie do przedstawienia swojego stanowiska – jakiekolwiek by ono nie było. Tak się nie stało. Wybrali udawanie, że problemu nie ma. Uważam, że sprzeniewierzyli się etyce dziennikarskiej i tym samym wytrącili sobie z rąk mandat do uprawiania tego zawodu w Polsce.

TVN współprodukował film Jakuba Piątka, na który ja nie wyraziłem zgody, a który w brutalny sposób naruszył moje dobra osobiste. Tu nie chodzi o to, że jeszcze nie ma wyroku sądu w tej sprawie. Tu chodzi o to, że przed premierą filmu na polskim Netflix’ie pisałem do wszystkich współproducentów i dystrybutorów nagłaśniając poważną kontrowersję związaną z tą produkcją i nikt z grupy TVN, ani Discovery nie pofatygował się odezwać, wysłuchać, ani zająć stanowiska i o tym poinformować.

W mojej ocenie, stacja tv, która wybiera milczenie w takiej sprawie, traci moralną podstawę do posiadania koncesji na nadawanie w naszym kraju.

Dlaczego? Ponieważ misją mediów i dziennikarzy jest przede wszystkim informować. Cóż to za media, które pomijają milczeniem niewygodne dla nich fakty? To są te wolne media, które mają patrzyć poprzedniej, tej, czy następnej władzy na ręce?

Przypadek tego filmu i mojej osoby uruchamia bardzo istotne pytanie: skoro telewizja TVN (‘Gazeta Wyborcza’ również) przemilczała ten problem, to jakie inne problemy również postanowiła przemilczeć i nie podać do publicznej wiadomości?

Z punktu widzenia tak wielkiego koncernu mój przypadek jest absolutnie w skali mikro – kompletnie bez znaczenia. Zachodzi jednak uzasadnione podejrzenie, że skoro nie chcą informować o takim pryszczu, to i jakiejś poważnej sprawy też nie będą chcieli upubliczniać.

Jestem obywatelem RP, mam swoje prawa, szczególnie te zapisane w Konstytucji RP i TVN postanowił kompletnie mnie zignorować. Nabrał wody w usta (podobnie jak ‘Wyborcza’) i podejrzewam, że na moje maile reagowali tam z szyderczym grymasem: ‘przecież to jakiś wariat, czego on w ogóle chce, niech spada na drzewo’.

Nikt nie pofatygował się do mnie odpisać i zapytać, o co mi chodzi i co mi się w tym filmie nie podoba.

Być może w KRRiT znajdą się osoby, które merytorycznym okiem spojrzą na moją opinię w sprawie moralnej podstawy do przyznania TVN24 koncesji na dalsze nadawanie w Polsce.

Czy media, które boją się prawdy, są jej najlepszymi obrońcami?

Jeszcze raz dla przypomnienia materiał TVN o filmie Jakuba Piątka, w którym padają wyraźnie wygłoszone deklaracje inspiracji moim przypadkiem i jak bardzo im się spodobało w mojej historii, że nikt nigdy się nie dowiedział o co mi chodziło (główny motyw całego filmu):

https://dziendobry.tvn.pl/a/poplawska-bielenia-i-klak-razem-na-planie-filmu-historia-prime-time-oprze-sie-na-prawdziwych-wydarzeniach-z-lat-90

I jeszcze zrzut ekranu ze strony TVN vs. informacja z napisów końcowych produkcji Watchout Studio:

Najpierw TVN twierdził, że historia była oparta na faktach – żeby zachęcić widzów, ponieważ prawdziwe historie lepiej się przedają.

A później, że jednak fikcja…

To jest właśnie ta ‘gówno prawda’, o której mówił śp. ks. Józef Tischner.

Meritum.

Kłaniam się po małej przerwie i zapraszam do lektury kolejnego posta. Dziś będzie już konkretnie i na temat, czyli o tym co zostało wzięte z prawdziwej historii wbrew mojej woli, a także o tym, jak do tego doszło.

Po pierwsze: twórcy filmu powołują się na litanię podobnych przypadków na całym świecie, które stanowiły źródło ich inspiracji, a ustami Bartosza Bieleni rozpowszechniają kłamstwo, że z mojego przypadku wzięli jedynie ‘sam fakt, że ktoś wszedł do telewizji’ – to bezczelne kłamstwo Bartosz Bielenia wypowiedział już wielokrotnie po moim nagłośnieniu sprawy. W rozmowie z Szymonem Majewskim twierdził, że o mnie dowiedział się na bardzo późnym etapie pracy nad filmem i w ogóle nie mógł znaleźć żadnych informacji o tamtym incydencie.

Pan Piątek, jak już wiemy z maila, którego do mnie wysłał w maju 2018 roku, był niezwykle zafascynowany moim przypadkiem i bardzo chciał, żebym z nim nawiązał współpracę, przypominam fragmenty listu Jakuba Piątka do mnie (pisownia oryginalna):

Kontakt z Panem jest dla mnie bardzo ważny, gdyż Pan przeszedł tą drogę. Przeżył coś, do czego bardzo mało osób ma dostęp. Zarówno Pana powody jak i reperkusje są dla mnie bardzo istotne.

(…)

Czytając i poznając szczątkowo Pana historię poczułem, że to bardzo mocno ze mną rezonuje.

(…)

Jestem bardzo ciekawy Pana. W równym stopniu interesuje mnie to co wydarzyło się przed i po samym przebiegiem w studio nr 7.

(…)

Uszanuję również odpowiedź odmowną, jednakże bardzo mi zależy na kontakcie i współpracy z Panem”

W tym mailu Piątek pisze wprost, że zapoznawał się z moją historią – po incydencie była medialna burza, powstało sporo artykułów na mój temat, podniosłem oglądalność wszystkich stacji tv o kilka procent – są na to dowody. Młodzi policjanci, którzy mnie wieźli drugiego dnia do szpitala na jakieś kolejne badanie, powiedzieli mi, że nawet BBC o tym wspomniało. Pozdrawiam tych panów policjantów – to byli młodzi ludzie, w cywilu, bardzo sympatyczni, normalni, cywilizowani – to byli jedyni policjanci, którzy mnie normalnie potraktowali wtedy, powiedziałbym, że wręcz życzliwie. Poczęstowali mnie fast food’em ale byłem tak pobity przez ich kolegów, że nawet tego nie mogłem zjeść.

Panie Bielenia, mam rozumieć, że Jakub Piątek nie wspomniał panu ani słowem o incydencie z 2003 roku i jakoś przypadkiem na późnym etapie prac dowiedział się pan o mnie i mojej sprawie? Niech tak zatem będzie.

Robi pan z siebie kompletnego łgarza i będzie musiał pan żyć z tą etykietką.

Gwoli ścisłości, był tylko jeden taki przypadek w Polsce i tylko jeden taki przypadek na całym świecie, gdy ktoś wtargnął do studia tv, wziął zakładnika, domagał się wejścia na wizję, nie chciał okupu, nie miał żadnych innych żądań i nikt nigdy nie dowiedział się, dlaczego sprawca to zrobił i przede wszystkim, co chciał powiedzieć. Nie ma drugiego takiego przypadku na świecie. Kropka. Nie jestem z tego absolutnie w żaden sposób dumny, bynajmniej, jest mi niezmiernie przykro, że wtedy to zrobiłem, chodzi mi tu tylko o zaznaczenie głównych cech samego incydentu, które nie występują razem w innych przypadkach. Nieważne jakich prawników zatrudnicie (zwracam się tu do producentów i dystrybutorów), nie znajdą oni drugiego takiego zdarzenia na świecie, które miało miejsce przed nakręceniem waszego filmu i miałoby dokładnie taki zbiór cech, które posiada wydarzenie z moim udziałem. Ponadto umieściliście akcję filmu właśnie w Polsce w bardzo zbliżonym czasie, to samo z siebie narzuca skojarzenia pomiędzy filmem i prawdziwą historią. A nawet gdyby było takich przypadków 10, to i tak musielibyście mieć zgodę na wykorzystanie historii tych ludzi, szczególnie, gdy w grę wchodzą dobra osobiste związane z chorobą psychiczną. Pogwałciliście to maksymalnie i z premedytacją, mając moją jasno wyrażoną niezgodę na wykorzystanie mojej historii.

Pan Piątek dostał obsesji na punkcie polskiego incydentu. W wielu wywiadach przyznawał, że to właśnie polski przypadek z motywem tajemnicy o tym, co sprawca chciał powiedzieć, został przez niego wykorzystany jako silnik dramaturgiczny całego filmu i postaci granej przez Bartosza Bielenię. Oto fragment z materiału TVN: (https://dziendobry.tvn.pl/a/poplawska-bielenia-i-klak-razem-na-planie-filmu-historia-prime-time-oprze-sie-na-prawdziwych-wydarzeniach-z-lat-90):

Marcin Sawicki: To jest dramatyczna sytuacja, do studia telewizyjnego wdziera się facet z pistoletem i takie coś rzeczywiście się zdarzyło w Polsce. Czy w ogóle nawiązujecie do tych prawdziwych wydarzeń?

Jakub Piątek: One były inspiracją. Zaczęliśmy od tego, że my trafiliśmy na taką historię ze Stanów Zjednoczonych z ’96 roku. Trafiliśmy też na taką historię holenderską, była też taka historia w Burkina Faso, no i też oczywiście była ta w Polsce. To, co w tej polskiej nam się strasznie spodobało to to, że nikt nigdy się nie dowiedział, o co chodziło napastnikowi.

Oto kolejny fragmencik z pana Jakuba Piątka, tym razem dla Onet (https://kultura.onet.pl/film/wywiady-i-artykuly/prime-time-o-czym-jest-film-magdalena-poplawska-i-bartosz-bielenia/1tjgqyf):

– Na przełomie XX i XXI w. doszło do wielu podobnych sytuacji na całym świecie. To było źródło naszej inspiracji – nie jest to jednak rekonstrukcja jednego zdarzenia, a fantazja na temat buntu i rebelii – podkreśla Jakub Piątek. – Od buntu w ogóle nasze poszukiwania się rozpoczęły. Dręczyło nas z Łukaszem poczucie, że przekroczyliśmy już 30-tkę i nie buntujemy się już tyle, co kiedyś ani nawet nie tyle, ile byśmy chcieli. I tak od słowa do słowa, od rozmowy do rozmowy trafiliśmy na historię z USA, gdzie dwóch chłopaków wdarło się do telewizji stanowej. Przejęli ją i zaczęli puszczać swoje ulubione teledyski. Pierwszą rzeczą, której zażądali od policyjnych negocjatorów była… pizza.

– Potem znaleźliśmy tego typu wydarzenia w Brazylii, Holandii, Burkina Faso, a także w Polsce. W tym rodzimym przypadku zaintrygowało nas to, że do dziś nie do końca wiadomo, o co chodziło desperatowi. Uznaliśmy, że to świetny dramaturgiczny motyw, a także szansa na stworzenie nietuzinkowego bohatera, który do dopełnienia się będzie potrzebował widza. Marzymy o tym, żeby z “Prime Time” każdy wyszedł z nieco innym przesłaniem, przetrawionym przez własny bunt i wątpliwości – dodaje Piątek.

To jak panie Bielenia? To był ten ‘późny’ moment, gdy się pan dowiedział o mojej sprawie? I wcześniej ani Piątek, Czapski, albo Razowski nie wspomnieli panu o moim przypadku i mojej osobie ani słowem?

Jak chce pan resztę życia spędzić z łatką bezczelnego łgarza, to niech pan dalej kolportuje to kłamstwo, albo udaje, że nic takiego nie miało miejsca. Tak naprawdę chroni pan tylko ich, nie siebie i to właśnie pan na tym najwięcej traci – wizerunkowo. Mógł pan zostać idolem młodzieży, ale cóż to za idol, który bezczelnie kłamie, bo każą mu tak prawnicy producentów? Nie tylko łgarz, ale i tchórz, a to cholernie daleko od bycia idolem, no chyba że dla kolejnych pokoleń tchórzliwych kłamców. Moje gratulacje, tak trzymać. Zdecydowanie wolę dalej żyć ze swoimi grzechami na sumieniu i etykietkami, na które zasłużyłem – nie jestem z nich dumny, ale wolę to, niż bycie kłamcą i tchórzem. Zresztą, przez wszystkie lata od wyjścia dorobiłem się już tylko bardzo pozytywnych opinii.

Akcja filmu została osadzona w Polsce i to w bardzo podobnym czasie. To chyba naturalne, że każdy, kto uczestniczył w tamtym zdarzeniu z 2003 roku w TVP dostrzeże uderzające podobieństwo i bezpośrednie odniesienie właśnie do tego przypadku. Nie tylko ja tam przecież byłem. Różni ludzie mogliby dostrzec podobieństwa z prawdziwym wydarzeniem w Polsce. Piątek opowiadał w kilku wywiadach, jak to po premierze na Sundance zadzwonił do niego prawdziwy negocjator, który ze mną negocjował w 2003r. i jak obaj się posikali z wrażenia i obdzwonili znajomych:

“That being said, a few days ago, I was contacted by the negotiator who was there when it really happened in Poland. I got so excited that I called up all my actors before I responded, and he said: “Me too – I just called up my friend who was there as well.”

„Kilka dni temu skontaktował się ze mną negocjator, który tam był, gdy to się naprawdę wydarzyło w Polsce. Tak się podnieciłem, że obdzwoniłem wszystkich aktorów zanim mu odpowiedziałem, a on mi powiedział: ja też zadzwoniłem do znajomego, który tam był.

https://cineuropa.org/en/interview/397188/
Jakub Piątek • Director of Prime Time 04/02/2021

Zatem nawet prawdziwy negocjator podniósł się gdzieś tam z niebytu przeszłości i pomachał ręką – hello, ja tam też byłem!

To ja mam udawać, że mnie tam nie było?! Jak wy sobie to wyobrażacie? Co to za chore, pozbawione jakiejkolwiek empatii myślenie? Wykorzystaliście mnie w bezczelny sposób. Wykorzystaliście moją chorobę, która to całe zdarzenie spowodowała. I ja mam teraz siedzieć cicho? Mam udawać, że mi się to może jeszcze podoba?

Po moim trupie.

To jeszcze raz panie Bielenia – może to był ten moment, gdy podniecony Piątek do pana zadzwonił i powiedział o negocjatorze, który ze mną wtedy prowadził rozmowy? Naprawdę winszuję bezdennej głupoty w brnięciu w to kłamstwo.

W tym miejscu należy wszystko zgrabnie uporządkować i przedstawić to w miarę przejrzyście, chociaż sprawa jest brzydka i nieobojętna dla moich emocji. Twórcy filmu ‘Prime Time’ wykorzystali na potrzeby ich ‘dzieła’ cały kręgosłup wydarzenia z TVP z moim udziałem, cała struktura tamtego incydentu została przeniesiona na ekran. Dotarli do akt sprawy z 2003 roku (co nie jest żadną sztuką), uważam również, że udało im się zdobyć kasetę z nagraniem całego incydentu, który trwał ponad 3 godziny. Wzięli, co mogli, co było dla nich atrakcyjne, a resztę wypełnili prymitywnymi fantazmatami (fantazmat jest słowem kluczem, do rozłożenia intencji Jakuba Piątka i dopełnienia prawdy, o tym, czym ten film naprawdę jest).

Twórcy filmu wykorzystali absolutnie wszystko, co tylko mogli zdobyć na temat tamtej sprawy i mojej osoby, zatem sięgnęli do licznych publikacji o tamtym wydarzeniu, a jest tego, panie Bielenia, bardzo dużo w internecie i nie trzeba się zbytnio natrudzić, żeby to znaleźć. To też jest dowód na pańskie dziecinnie głupie kłamstwo.

Jedziemy po kolei z wyliczanką wszystkiego, co sobie wykorzystali:
– Już wspomniany główny motyw z tajemnicą o tym, co chciałem powiedzieć na wizji (do tego nawet się wielokrotnie Piątek przyznawał).

– Miejsce i czas.

– Cechy fizyczne postaci: blondyn, niebieskie oczy. Jeśli chodzi o wygląd, to moja szefowa (całe szefostwo i HR wiedzą o mnie wszystko i o całym incydencie z 2003 roku) powiedziała mi, że gdy zobaczyła pana Bielenię, jako Sebastiana w filmie, to cytuję: ‘I was blown away by how similar you both look like’ (‘byłam powalona tym jak uderzające jest między wami podobieństwo), także gdy się spotkamy na sali rozpraw z panem Bielenią i twórcami filmu, to jestem bardzo spokojny o reakcję Wysokiego Sądu odnośnie fizycznego podobieństwa – Bielenia po prostu wygląda jakby był moim rodzonym bratem, podobieństwo jest uderzające i to nie ja tak twierdzę, to mówią ludzie, którzy znają mnie a pana Bieleni nigdy wcześniej nie widzieli. Takiego aktora wybrał pan Jakub Piątek z ponad 160, którzy przyszli na casting. Przypadek? Jeśli tak, to szatańsko trafiony.

– A propos szatana i jego sztuczek – Dawid, niestety ale to też nie jest fantazja twórców filmu. Dawid jest jak najbardziej z krwi i kości. To jest człowiek, od którego wziąłem pistolet. Nie, nie dzwoniłem do niego ze studia, ale tuż przed wejściem do TVP wysłałem do niego smsa o treści: ‘włącz telewizor, oglądaj tv’. Robi się interesująco, nieprawdaż? Piątek zamienił smsa na rozmowę telefoniczną. Dał Dawidowi głos. Prawdziwy Dawid przechwalał się tym smsem wśród znajomych. On również ściągał dziennikarzy do naszego miasta i próbował dorabiać mi niechcianą legendę buntownika z systemem. Moje intencje były zupełnie inne, a odnośnie buntu, to śmiem twierdzić, że 20-latek, który nie jest kontestatorem wszystkiego, co go otacza, powinien iść do specjalisty i się zapytać, co z nim jest nie tak. Ktoś mógłby słusznie zapytać: to jak Jakub Piątek odnalazł się z Prawdziwym Dawidem? Bardzo prosto. Prawdziwy Dawid ma dużo negatywnych cech charakteru, a jedną z nich jest potrzeba manipulacji ludźmi i manifestacji swojej osoby – dla jego chorej satysfakcji. To był mój serdeczny kolega od czasów przedszkola, z którym zerwałem definitywnie kontakt kilka miesięcy po wyjściu na wolność, dokładnie w momencie, w którym zrozumiałem, że aby zająć się swoim życiem na poważnie, muszę totalnie zniknąć z radaru, najlepiej dla wszystkich z całej mojej przeszłości. O tym jegomościu będzie dużo więcej w mojej książce. Moja żona uświadomiła mi fakt, że on był całkiem aktywny na pewnym portalu społecznościowym, gdzie co kilka lat odżywał tam również temat mojej sprawy – ludzie sobie tam wymieniali luźne komentarze na mój temat: co się ze mną stało, czemu tam poszedłem, etc. Nie miałem o tym kompletnie pojęcia, aż do momentu tego filmu. Wtedy też odnalazłem na tym portalu stare wpisy Prawdziwego Dawida sprzed lat, w których jasno deklarował, że mnie zna, w jednym wpisie potwierdził fakt, że zerwałem z nim kontakt bardzo dawno temu. Co ciekawe, chełpił się też kontaktami z mediami w 2003 roku, pozdrawiał nawet jakąś tajemniczą panią dziennikarkę, która miała mu powiedzieć, że popełniłem wtedy błąd idąc do TVP, bo gdzie indziej na pewno nie ryzykowaliby życiem postronnych ludzi i pozwoliliby mi wejść na żywo. Ten motyw też jest w filmie wykorzystany – to ta rozmowa telefoniczna Miry z koleżanką z konkurencji, która oferuje Sebastianowi wywiad na żywo.

Nie mam wątpliwości, że Jakub Piątek właśnie na tym portalu odnalazł mojego dawnego kolegę, który się publicznie chwalił znajomością ze mną. Prawdziwy Dawid znalazł się nawet na zdjęciu w artykule ‘Gazety Wyborczej’ w 2003 roku. Oczywiste jest, że nakarmił on Piątka jakimiś opowieściami o mnie i mojej rodzinie, być może podsunął mu również pomysł toksycznego ojca? Podejrzewam, że to właśnie jego sprawka. Moi rodzice widzieli jak staczam się w otchłań narkotyków i choroby, a mój ukochany ojciec walczył o mnie jak lew – wtedy niestety nie umiałem tego dostrzec, jak bardzo starał się ratować mnie z bagna, w które wdepnąłem i które wciągało mnie coraz bardziej. Prawdziwy Dawid na pewno nienawidził mojego ojca, właśnie za tę jego troskę o mnie. Prawda o Dawidzie i o mnie jest taka, że byłem wtedy zmanipulowany przez tego człowieka, który potrzebował mnie do realizacji swoich planów, które, powiedzmy to szczerze, nie miały zbyt wiele wspólnego z literą prawa. On wiedział, że jestem idealistą i że mam swoje własne zasady i że nigdy go nie wydam w przypadku poważnych problemów, tylko z uwagi na naszą przyjaźń. Pomimo moich kłopotów byłem silny i wysportowany, on był chudy, słaby i beze mnie tak naprawdę bezbronny. Gdy wylądowałem w więzieniu pewnego dnia odwiedził mnie ktoś, kto podzielił się ze mną pewną informacją – wtedy dowiedziałem się bardzo nieprzyjemnej prawdy o Dawidzie. Ale o tym nie teraz i nie tutaj. Pobłądziłem wtedy w swoim życiu naprawdę poważnie; pewne decyzje podejmowałem świadomie i niezależnie, inne już nie, ale też ufałem temu człowiekowi, a on żerował na mojej koleżeńskiej lojalności. Cała reszta w mojej książce, którą piszę bez grama satysfakcji, ale z powinności wobec prawdy, bo mam już dosyć tego całego zakłamania. Dziś mogę powiedzieć tylko tyle: nie poszedłem do TVP buntować się przeciwko systemowi, tak jak próbował to przedstawiać wtedy dziennikarzom Prawdziwy Dawid – to była jego projekcja, jego zasłona dymna, w której chciał schować prawdę, a jednocześnie z której chciał sam skorzystać na swój pokraczny sposób. Gdyby nie moja choroba, nigdy bym tam się nie pojawił. Znalazłbym najlepsze rozwiązanie najgorszej sytuacji, w jakiej się wtedy znalazłem.

Piątek odszukał mojego dawnego kolegę na tym portalu. Uważam, że zepsuta natura pierwowzoru Dawida kazała mu podzielić się z Piątkiem jego wizją mnie, a przede wszystkim chciał się zwyczajnie na mnie odegrać i zaznaczyć swoją obecność w tej całej historii. Gdy zerwałem z nim kontakt w 2006 roku musiał poczuć się upokorzony. O ironio, nie wiedział do końca o co tak naprawdę mi chodziło, mógł się domyślać i mógł się tego obawiać. Prawda o nim jest bolesna, ale nie dla mnie, dla niego. Ja wolałem milczeć. Jak to się mówi – kto pod kim dołki kopie… Słuchaj ‘Dawidzie’, teraz tylko parę słów do ciebie: ta zaśnieżona ulica – ja znam Londyn jak własną kieszeń, przejeździłem tu dziesiątki tysięcy mil. Milczałem prawie dwie dekady. Gdyby było odwrotnie, gdybyśmy zamienili się miejscami i gdyby do mnie taki Piątek napisał z prośbą o kontakt, to bym miał dla niego jedno pytanie: ‘czy Adrian wyraził zgodę na ten film? Nie? To żegnam’. No ale nie byłbyś sobą, gdybyś nie zrobił dokładnie odwrotnie. Nawet na tym głupim portalu przechwalałeś się dziwnymi skłonnościami do wyrównywania rachunków. Czekaj sobie teraz na rozwój wydarzeń, a przede wszystkim na moją książkę, tam sportretuję ciebie na wieki wieków amen. Szukałeś ze mną kontaktu, gdy głośno się zrobiło o premierze w Sundance – pewnie chciałeś wybadać, jak ja do całej sprawy podejdę, ale my już od bardzo dawna nie mamy o czym rozmawiać. Pomimo całego zła, które wyrządziłeś, nic o tobie nikomu nie powiedziałem, a mogłem, choćby po to, żeby poprawić swoją, jakże niewygodną sytuację. Teraz będziesz już naprawdę uwieczniony, skoro tak bardzo tego chciałeś, uwiecznię twoją naturę, istotę tego, czym jesteś. Jak mawia stare porzekadło – niech się dzieje wola boska.

– Dialogi. Wszystkie rozmowy filmowego Sebastiana z osobami w reżyserce, są żywcem inspirowane moimi rozmowami, które najpierw toczyłem z pracownikami telewizji, a później z policyjnymi negocjatorami. Moje ostatnie słowa do Pana Tomasza, mojego zakładnika i ochroniarza z TVP, brzmiały: wracaj do domu, do żony i dzieci. To zostało żywcem przeniesione do filmu. Jak również fakt, że Tomasz bardzo sprytnie mnie okłamał, żeby wzbudzić moje współczucie: faktycznie był żonaty, jednak nie miał dzieci, ale mi powiedział, gdy się go o to zapytałem, że tak, ma żonę i dzieci. Pisały o tym gazety, nawet policja chwaliła Pana Tomasza za jego zachowanie. To były moje ostatnie słowa do Pana Tomasza, gdy postanowiłem się poddać. Pamiętam również doskonale moment zawahania Pana Tomasza – jak z filmowym Grzegorzem, który nie dowierzał, że może już iść. Ten sam blef o żonie i dzieciach również wykonał filmowy Grzegorz – to nie była twórcza fantazja Piątka i Czapskiego, oni to zwyczajnie przenieśli z prawdziwego wydarzenia na ekran! Skąd oni to mogli wiedzieć? Możliwości jest kilka. Uważam za najbardziej prawdopodobną opcję, że wiedzieli o wszystkim, co się wydarzyło w tamtym pomieszczeniu, ponieważ mieli dostęp do kasety z nagraniem całego incydentu. W filmie jest scena, w której Piątek wręcz to sugeruje – pani z reżyserki wyciąga kasetę z nagraniem i chowa ją do torebki. To bardzo krzywy żart Jakuba Piątka. Jak mieliby taką kasetę zdobyć? Tego jeszcze nie wiem, ale się dowiem. Wiem teraz tylko tyle, że np. w polskim oddziale Netflix, który jest dystrybutorem tego filmu są ludzie, którzy pracowali w przeszłości dla TVP i to na wysokich stanowiskach – długo nie trzeba szukać. To nagranie na pewno wyciekło na zewnątrz. Zatem panie Bielenia, gdy Czapski-Piątek wkładali pańskiemu bohaterowi w usta słowa: ‘wracaj do domu, do żony i dzieci’, to nie miał pan świadomości, że to jest wzięte z prawdziwego wydarzenia z moim udziałem, tak? Jakub Piątek nigdy tego panu nie powiedział? Czy może powiedział, ale producenci kazali później kłamać?

Chciałbym jasno zaznaczyć, że jeśli nawet Pan Tomasz zechciał podzielić się swoimi przeżyciami z tamtego wydarzenia z twórcami filmu, w co zresztą wątpię, to jest to jego prywatna sprawa i ja w to absolutnie nie wnikam, ani nie mam o to najmniejszych pretensji. Panie Tomaszu, jeśli Pan to czyta: jeszcze raz z całego serca najmocniej Pana przepraszam za tę krzywdę, którą Panu wyrządziłem – zapewniam, mój żal jest szczery i to poczucie winy nigdy mnie nie opuściło. Czasami zadręcza mnie to i wpędza w bardzo ponury nastrój. Świadomość, że byłem zdolny do czegoś takiego, nie jest łatwa do zaakceptowania i nie żyje się z tym lekko. Bardzo dziękuję za to, że powiedział Pan prawdę w prokuraturze. Wszyscy inni bezczelnie kłamali, dla nagród, pieniędzy i w trosce o własne cztery litery, a tylko Pan wtedy mówił prawdę o przebiegu wydarzeń. Podziwiam Pana za wszystko dozgonnie i jeszcze raz najmocniej przepraszam za ten koszmar, który Panu wtedy zgotowałem. Przepraszam Pana jednocześnie za tę całą aferę, którą tu właśnie uskuteczniam. Mam również tę świadomość, że cały raban, który podnoszę, zapewne dostarcza Panu kolejnych przykrości. Niestety, ale będę do końca swoich dni twierdził, że ten film bez mojej zgody nie miał prawa powstać i nie mogę tego ot tak zostawić. Ja nie popełniłem tamtego przestępstwa z chęci zysku lub sławy. Ja i moja wspaniała rodzina, robiliśmy wszystko co było w naszej mocy, żeby powstrzymywać jakiekolwiek produkcje na temat tamtej sprawy. Oni jednak okazali się zbyt głupi i zbyt łakomi sukcesu, żeby pojąć prawdziwy ciężar tej historii. Pogwałcili wszelkie standardy przyzwoitości i nie będę siedział biernie patrząc jak ludzie tego pokroju kreują normy i ustalają sobie sami, co im wolno, a czego nie, zasłaniając się formułką o wolności artystów. To nie ma nic wspólnego z robieniem sztuki, to jest zaprzeczenie procesu twórczego.

– Scena z filmowym Grzegorzem stojącym na przystanku autobusowym, który został kompletnie zignorowany po całym zdarzeniu. To też twórcy wykorzystali – wspominały o tym media, że Panem Tomaszem nikt się nie zajął po całym incydencie – nikt go nie odwiózł i musiał późno w nocy po tym traumatycznym zdarzeniu wracać do domu na własną rękę. Zatem to też tylko bezczelne ksero jednego z faktów z 2003r. a nie twórcza kreacja ‘utalentowanych’ scenopisarzy, panów Czapskiego i Piątka. Oni tej sceny nie wymyślili, oni ją mieli podaną na tacy. Gdzie tu jest twórczość? To jest sztuka? Tak ma wyglądać tworzenie sztuki?

– Konkurs audio-tele, tego też nie wymyślił duet Czapski-Piątek. Wzięli to z prawdziwego zdarzenia – pisał o tym Superexpress, że gdy ja wtargnąłem do studia nr. 7 w studio nad nami odbywał się program na żywo:

Na miejscu jest prezes telewizji Robert Kwiatkowski. Szefowie mają problem, co zrobić z programem. W ramówce za chwilę ma być audio-tele nadawane na żywo ze studia mieszczącego się nad tym, w którym jest terrorysta z zakładnikiem – mówił jeden z pracowników.” [Super Express z dn. 2003-09-22 (numer 221 )]

– Wyłączone kamery i brak chętnych ludzi do wejścia do studia i obsługi kamer, to jest dokładnie wzięte z prawdziwego wydarzenia, negocjatorzy grali na czas, mówili mi najpierw, że ludzie się boją i nikt ze strachu nie wejdzie do studia, później, że już ktoś jedzie – jota w jotę, jak w filmie.

– Scena z negocjatorem, który mówi do Sebastiana: ‘artykuł 252 Kodeksu Karnego paragraf 4ty, kto odstąpi od zamiaru wymuszenia i zwolni zakładnika nie podlega karze.’ Dokładnie ten artykuł cytował po samym incydencie mój obrońca, jest to w Gazecie Wyborczej [7 października 2003, https://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,1696463.html]

– Niepoczytalność, w filmie jest to wspomniane, policjantka sugeruje Sebastianowi, że może być uznany za niepoczytalnego. Cóż za przypadek! Tak się właśnie stało ze mną – ta kwestia jest również w przytoczonym powyżej artykule.

– Konsekwentnie sprawa zamknięcia w szpitalu psychiatrycznym – i znowuż kosmiczny przypadek, bo tak ostatecznie było właśnie ze mną.

– Wstawki z rozmowami z pracownikami tv są imitacją prawdziwych rozmów z pracownikami TVP z materiału, który został wyemitowany po zdarzeniu przez TVP i jest powszechnie dostępny na YT. Tutaj zatem kreatywny duet Czapski-Piątek poszedł już kompletnie po linii najmniejszego oporu – ksero w skali 1:1.

– Sceny z odliczaniem i scena z Sebastianem, który przystawia pistolet sobie do głowy – żywcem wzięte z mojego incydentu.

– Scena z wejściem do studia policji i zakryciem kamery – tutaj ten sam poziom inwencji twórczej Piątka i Czapskiego, bo wręcz skopiowali ten fragment z prawdziwego zdarzenia – jest to dostępne na YT, proszę sobie porównać – ponownie wierna kopia.

– Była torba zamiast plecaka, była też ewakuacja budynku.

– Sprzątaczki zmywające krew – to też jest wzięte z mojego zdarzenia, panie sprzątaczki pojawiają się w aktach sprawy i również w artykułach kwestionujących wersję pobicia prezentowaną przez policję.

To tak naprawdę nie jest jeszcze wszystko, ale chyba powinno wystarczyć, żeby widzowie mogli sobie rozmawiać teraz o tym, jak bardzo autorski jest ten film.

Sebastian, to oczywiście nie jestem ja, on nie jest mną i to jest banalny fakt. Oni jednak wykorzystali mnie, moją chorobę i wydarzenie z moim udziałem, jako wehikuł do opowiedzenia historii, w którą wpletli swoje własne problemy. Jakub Piątek sam to przyznał, może nie do końca jednoznacznie, ale nie trudno się domyśleć, że właśnie to się wydarzyło w tej całej koszmarnej hybrydzie prawdy z ich własną potrzebą przeżycia czegoś, czego nigdy nie byliby w stanie sami zrobić. Jeśli pan Jakub Piątek cierpi z powodu jąkania, albo jeśli pan Czapski miał jakieś problemy tożsamościowe, a pan Bielenia z kolei boryka się z niezidentyfikowaną jeszcze duchowością, to skoro chcieli o tym opowiadać, mogli przecież zrobić film na podstawie nie prawdziwego wydarzenia z moim udziałem, ale na bazie czystej fantazji – mogli np. opowiedzieć to w klasycznej formule filmu drogi z finalną sceną, gdy razem śpiewają piosenkę Dancing Queen zespołu Abba jadąc samochodem, który rozpuszcza się na tle zachodzącego słońca gdzieś na ulicach San Francisco. Ja im przekazałem jasną wiadomość, żeby nie grzebali w mojej historii i to zostało okrutnie i z premedytacją zignorowane. Moim dramatem, który ściągnął takie nieszczęście na nieznanych mi wcześniej ludzi i na moją najbliższą rodzinę (pomijam już siebie samego), była moja choroba, a oni pożywili się właśnie tym, co ta choroba spowodowała. Dumni jesteście z siebie?

Nie było mojej zgody na takie fantazje z wykorzystaniem tego wszystkiego, co sobie tak bezczelnie wzięliście.

Do zobaczenia w sądzie. Może niekoniecznie w Polsce, może w Salt Lake City, kto wie?

P.S.
Panie Bielenia, ten post z pańskiego fb zaczynający się od słów ‘jestem sprawcą przemocy’, to też jest tania ściema zasługująca na pogardę, ponieważ wyskoczył pan z tym publicznie tylko ze strachu o to, że na fali skandalu w świecie teatralno-filmowym ktoś się odezwie, komu dał pan klapsa na goły tyłek podczas tych nieszczęsnych ‘fuksówek’. Chciał pan więc ubiec potencjalnych oskarżycieli przywdziewając szaty pokutnika, tylko żeby uniknąć skazy na wizerunku i zbierać oklaski. Za to należy się panu Oskar, bo wielu się nabrało. Czekam na post zaczynający się od słów: ‘jestem rzecznikiem kłamstwa…’, to wtedy może panu przyklasnę.

Bartosz Bielenia rzecznikiem kłamstwa

Polecam do obejrzenia rozmowę Bartosza Bieleni z Szymonem Majewskim:
https://youtu.be/VWmsXI1x46U?t=2174

Poniżej wklejam mój komentarz zamieszczony również pod samą rozmową na YT.

Bardzo dziękuję panu Bieleni za to bezczelne kłamstwo o tym, że z polskiego przypadku wzięli z Piątkiem i Czapskim tylko sam fakt, że ktoś wtargnął do telewizji, a później, to już sobie tylko fantazjowali. Bardzo dziękuję, ponieważ po wyrażeniu takiego stanowiska ludzie będą mogli skonfrontować to ze wszystkimi szczegółami, które niebawem będą już publicznie dostępne. Panie Szymonie – Pan z kolei się dowie, jeśli jeszcze tego nie wie, że etyka dziennikarska powinna zobowiązywać bardziej niż ta prezentowa przez twórców tego koszmarnego filmu, zatem z Pańskiej strony, będę oczekiwał komentarza i sprostowania, bo w pytaniu, w którym zaznacza Pan, że pamięta moją historię, sugeruje Pan, że film jest ‘luźno oparty’ na mojej historii. To, sam Pan przyzna, może wzbudzać wątpliwości, czy aby przypadkiem ten fragment rozmowy nie był ustalany wcześniej z producentami i twórcami filmu. Bielenia brnie dalej i stwierdza, że na późnym etapie pracy nad filmem dowiedział się o mnie i że nie mógł nic znaleźć w internecie na temat mojej sprawy, bo on w ogóle o mojej historii nie słyszał – a Pan tylko kiwa głową i przytakuje w momencie jasno wyrażonego stanowiska Bieleni o sprowadzeniu całej inspiracji do samego faktu wtargnięcia do tv. Oczywiście, nigdy się Pan do czegoś takiego (jeśli to byłaby prawda) nie przyzna – to by wymagało wspięcia się na wyżyny człowieczeństwa i śmiem wątpić, czy ma Pan odwagę na taką wspinaczkę. Byłbym skłonny to wybaczyć, tak na płaszczyźnie zwykłych, bo ludzkich zachowań – wszyscy popełniamy różne błędy w życiu. Proszę tylko pamiętać, że ja udowodnię jak bardzo oni wszyscy ciągle kłamią. Na razie ludzie jeszcze dokładnie nie wiedzą jak dużo zostało wzięte z mojej historii, ale jak się dowiedzą, to cała sprawa ‘Prime Time’ ukarze się w zupełnie innym świetle. Przypomnę Panu, Panie Szymonie, stare powiedzenie mistrza zen Kōdō Sawaki (1880-1965)ciemność cienia sosny zależy od jasności księżyca. Nie będzie zbyt komfortowo przebywać niebawem w ponurym mroku, który spłynie na ten film, także niebawem poproszę Pana, Panie Szymonie, o komentarz. Gazeta Wyborcza, która wysłała mi tekst do autoryzacji i poprawek finalnie wystraszyła się i nie puściła tekstu, ponieważ już po ustaleniu poprawek odważyłem się podać dziennikarzowi GW bardzo istotne szczegóły, które twórcy sobie wzięli – nabrali wody w usta w redakcji GW, bo sprawa jest brzydka, bardzo brzydka i w GW wiedzą jak źle to wszystko wokół tego filmu wygląda – mam to w mailach z Wyborczą. Wybrali milczenie, bo Agora jest właścicielem dystrybutora. I słusznie, lepiej milczeć, niż wygłaszać takie rzeczy, jak Bielenia. Proszę cierpliwie czekać, szczegóły niebawem na moim blogu – link w bio. Pozdrawiam i dziękuję za rozmowę, w której zawarte jest to wstrętne kłamstwo – bardzo mi to tak naprawdę pomaga, chociaż sam film jest potworną krzywdą i nigdy nie powinien powstać.

Jeszcze kilka słów ode mnie – to będzie tu wisiało po wieki. Nikt mnie nigdy ani nie zastraszył, ani nie przekupił. Teraz też nie chodzi o pieniądze, brzydziłbym się wziąć od was choćby złotówkę. Mi chodzi tylko i wyłącznie o prawdę. Także to i znacznie więcej moich materiałów + książka, która się pisze, będą dostępne już na zawsze. I będą tłumaczone. Zrobiliście z Bieleni rzecznika podłego kłamstwa, no ale to przecież jest dorosły już człowiek i powinien sam wiedzieć, co robi. Jeszcze raz dziękuję za to kłamstwo wypowiedziane z szyderczym uśmiechem, panie Bielenia i zapraszam pana do lektury bloga – niebawem wszyscy sobie będą mogli przeczytać i dowiedzieć się ile naprawdę wzięliście z tamtego wydarzenia, czyli z mojej historii spowodowanej chorobą psychiczną i wbrew mojej woli. Karty na stół.

Dwa słowa do ‘Dawida’, bo wiem, że to śledzisz – o tak, będzie też o tobie, tak bardzo chciałeś zaistnieć i zainstalować się w tamtym wydarzeniu, to teraz wreszcie ‘zabłyśniesz’, w książce będzie absolutnie wszystko. Nie umiałeś uszanować mojego milczenia, nie doceniłeś faktu, że będąc przesłuchiwanym przez prokuratora po zmasakrowaniu przez ekipę kominiarzy, ciągle pod wpływem koktajlu leków i narkotyków, w epicentrum epizodu mojej choroby, z poważnymi zarzutami za ciężkie przestępstwo, z których jeden opiewał na 10 lat w puszce, w takich okolicznościach nie powiedziałem nikomu nic na twój temat; na przykład tego, skąd miałem pistolet (nie szkodzi, że nienabita gazówka, za posiadanie broni palnej bez zezwolenia też był zarzut). W perspektywie miałem długą odsiadkę, a ty dnia nie przesiedziałeś w więzieniu. Moje milczenie było wygodne dla wszystkich, oprócz mnie. Ale po tym filmie dłużej milczał nie będę i się wszyscy dowiedzą najważniejszego – po co ja tam w ogóle poszedłem. Na razie wie to tylko moja żona, której bezgranicznie ufam. W książce będzie wszystko. Mój zapas tolerancji na kłamstwo i skurwysyństwo właśnie się wyczerpał. Jak mawiał nasz ś.p. dziadek – prawda was wszystkich wyzwoli.

Pisałem w moim liście otwartym, że twórcy filmu zmiksowali prawdę z fikcją. Jestem jedyną osobą, która może to rozłożyć na czynniki pierwsze i pokazać, co i kto jest czym i kim w tej całej wstrętnej fantasmagorii.

Z beczki pt. “Agora”

Oto poziom ‘dziennikarstwa’ w spółce Agora SA.

https://next.gazeta.pl/next/7,151243,27050227,cd-projekt-traci-kluczowa-postac-w-tle-powazne-oskarzenia-o.html#s=BoxOpMT

Według gazeta.pl ‘szorwanie po dnie’ to kurs na poziomie 164,70 PLN.

Jeśli cokolwiek szoruje po dnie GPW, to są to akcje Agory SA z kursem… 7,96 PLN. Dwa tygodnie temu było coś ledwo powyżej 6zł. Nie mieszkam w PL, więc wybaczcie, nie znam cen produktów niezbędnych do życia, ale zdaje się butelka napoju gazowanego z cukrem w cukrze kosztuje więcej niż akcja Agory SA, prawda?

Gwoli przypomnienia prostych faktów: CD Projekt ma Wiedźmina, tymczasem Agora SA ma Michnika.

SMALL UPDATE:
Ooo widzę, że pozmieniali i już kurs nie szoruje po dnie… Cóż dodać? Ogólnie tekst z gazeta.pl oparty jest na informacjach podanych w tym artykule na Bloomberg.com Szkoda tylko, że gazeta.pl przemilczała taką oto wzmiankę z teksu Jasona Schreiera:

Zresztą, w takim pośpiechu zmieniali to ‘szorowanie po dnie’, że kurs stał się kurem i teraz jest ‘kur mocno w dół’…

Kur kojarzy mi się tylko ze św. Piotrem, który wstydził się przyznać ludziom, że zna Jezusa, jak się zrobiło gorąco. W Agorze też się wstydzą teraz i to mocno. Wymyśliłem nowy termin, który bardzo dobrze określa działania Gazety Wyborczej, ale o tym więcej w mojej książce.

#agorasa #prawda #dziennikarstwo #michnik

Kintsugi (金継ぎ)

Mama uczyła małego Foresta Gumpa, że życie jest jak pudełko czekoladek, ponieważ nigdy nie wiadomo, co się dostanie. Według mnie życie jest jak filiżanka z pięknej ale kruchej porcelany.  Wystarczy jeden nieostrożny ruch i taka filiżanka roztrzaska się o bezlitośnie twardą podłogę na milion kawałków. Dla wielu taki upadek oznacza koniec. Resztki filiżanki są zamiecione i lądują na śmietniku. Inni będą jednak próbować ratować stratę. Pozbierają wszystkie kawałki od największych po te najdrobniejsze i zaczną benedyktyńsko sklejać je ze sobą. To tylko pierwszy etap naprawy. Tak zrekonstruowana filiżanka ma widoczne blizny i ubytki, na tle innych filiżanek wygląda źle. Pozostaje teraz najważniejsza decyzja odnośnie następnego kroku. Są dwie szkoły podpowiadające zupełnie inne rozwiązania. Pierwsza, najbardziej intuicyjna mówi: wypełnić ubytki, zamaskować łączenia i domalować brakujące dekoracje. Innymi słowy – przykryć blizny makijażem. Tak naprawioną filiżankę można postawić na półce z innymi i mało kto dostrzeże różnicę. Ale jest też inna tradycja – to japońska technika kintsugi, której filozofia zamyka się w zgoła innym podejściu – wszystkie braki, widoczne pęknięcia i łączenia są wypełniane specjalnym spoiwem z domieszką złotego lub srebrnego pyłu. Kintsugi nie ukrywa przeszłości przedmiotu, wydobywa ją na wierzch, celowo eksponuje mówiąc – tak, ten upadek, który naruszył jej integralność i pierwotną postać, te wszystkie zniszczenia, to wszystko wydarzyło się naprawdę i stanowi istotny element życia tej filiżanki. Ta filiżanka i jej blizny stanowią teraz jedność. Teraz jest ona właśnie tym – jest sobą ze swoją przeszłością. Raz zniszczone szczęście nie musi wcale wylądować na śmietniku, a rany i blizny nie muszą być chowane przed wzrokiem innych, przed samym sobą. Można być kintsugi.

Ten post jest skierowany do Ciebie – może jesteś mną z 2003 roku, milionem kawałków na podłodze. Powiem Tobie jedno – bądź kintsugi i nie pozwól innym ani wyrzucić Ciebie na śmietnik, ani ukryć prawdy o sobie samej/o sobie samym – bądź sobą za wszelką cenę i za wszelką cenę bądź. Mozolnie sklejając siebie wyciągnij wnioski ze swojego upadku – przydadzą się na przyszłość, to będzie Twoja najcenniejsza wiedza. Nie musisz się podobać innym. Musisz zaakceptować siebie. Cały świat nie musi Ciebie akceptować – cały świat nie będzie przy Tobie, żeby Ci pomóc, gdy będziesz w potrzebie, będą tylko nieliczni. Kochaj siebie, ponieważ ktoś Ciebie pokocha właśnie taką/właśnie takim – z tymi bliznami i ranami. Kintsugi to filozofia odbudowy szczęścia z bycia sobą bez fałszu i milczenia. Bądź i trwaj, żyj i walcz o słuszną sprawę – o siebie.

Z kawałka Black Pumas – Colours:

With all my favorite colors, yes, sir
All my favorite colors, right on
My sisters and my brothers
See ’em like no other
All my favorite colors

Wolne media = wolny wybór

Taki dzisiaj post niby nie o sprawie, ale…

Ironia jest surową nauczycielką życia – uczy karcąc kpiną. Pamiętam moje dyskusje ze znajomymi, w których broniłem “Gazety Wyborczej”, nazywaną “Wybiórczą”. Zaciekle broniłem czci i godności redakcji, wierząc naiwnie w jej misję i wartości. Przypomnijmy ze strony Agory SA:

źródło: https://www.agora.pl/wartosci-i-zasady

Nie pierwszy raz zrobiłem z siebie głupca, ale ja nie mam z tym problemu. Prawdziwym głupcem jest ten, kto wmawia sobie i innym, że nim nie jest.

“Wyborcza” nie tylko nabrała wody w usta, de facto promuje ten film powiększając krzywdę. Oto jest człowiek w potrzebie, który mówi, że nie szanuje się jego praw i chce prawdy, a “Gazeta Wyborcza” chowa głowę w piasek. Sami najpierw pisali do mnie, że film korzysta z tej historii i jest ‘wątpliwy moralnie’, a później cisza o problemie, czyli tak naprawdę o tym, że sami w tym uczestniczą, a z drugiej strony promocja filmu. I jakieś artykuły o strojach.

No i ta legendarna czapeczka Nike… Trochę jak broszka Coco Chanel Kolendy-Zaleskiej:

Taki ‘product-placement’…

A pamiętacie Panią Katarzynę Dowbor, którą uwielbiała cała Polska? To nie była dziennikarka, która biegała z mikrofonem po sejmowych korytarzach odpytując polityków z tego, jak pożytkują pieniądze podatników. Nie, Pani Dowbor była prezenterką zapowiadającą programy. Wystąpiła w reklamie wędlin i TVP podziękowała Pani Katarzynie za współpracę – tak na wszelki wypadek, w trosce o to, co jest zapisane w etyce dziennikarskiej. A tu boom. Pani Kolenda-Zaleska reklamuje ‘exclusive jewellery’ prosto z Sejmu w głównym wydaniu ‘Faktów’. Były też torby Louis Vuitton – to się często powtarza. To samo Monika Olejnik w swoim programie w TVN ‘Kropka nad i’ – też były drogie broszki CC, Gucci, designerskie szpilki, do których wzdycha niejedna kobieta, etc.

https://kobieta.wp.pl/broszka-moniki-olejnik-modowa-kropka-nad-i-6106925571950721g/5

Ktoś tu zajrzy do etyki dziennikarskiej i wyciągnie konsekwencje? Wątpię. Wyboru musicie dokonać Wy.

A TVN też produkuje filmy…

Po co sponsorować media, które robią z ludzi idiotów, wmawiając im, że troszczą się o prawdę dla nich, a tak naprawdę troszczą się o własny zysk?

Można o tym rozprawiać godzinami i ja już to robię – właśnie o tym piszę książkę.

Teraz powiem tylko tyle: nie dajmy z siebie robić głupców, nie sponsorujmy takich gazet i takich firm, które zasłaniając się sztandarami o obronie prawdy, tolerancji i praw człowieka, tak naprawdę wykorzystują człowieka i żerują na jego krzywdzie, na jego nieszczęściu i chorobie.

Można poszukać tej prawdy gdzie indziej. Jest wybór i można z niego skorzystać.

Są alternatywy dla Netflix’a. Jest tego już naprawdę sporo.

Wybór należy do Was.