Do “Gazety Wyborczej”

Kolejny list otwarty, ale już adresowany do redakcji ‘Gazety Wyborczej’,

Podobno milczenie jest złotem, owszem, ale nie tym przysłowiowym, które oznacza jakieś wyższe wartości, jest złotem, które można kupić w lombardzie, ukraść, przetopić, schować w sejfie, założyć na szyję, lub zrobić sobie z niego błyszczące koronki na zęby.

Nie oczekuję od waszej redakcji niczego. Nie mam złudzeń kim jesteście i na czym wam zależy. Informuję, że ten list zamieszczam na swoim blogu – inpoland.today

Stawiam „Gazecie Wyborczej” zarzut manipulowania opinią odbiorców jej treści. Stawiam wam zarzut hipokryzji, która zaczyna się od samego Adama Michnika. Stawiam waszej redakcji zarzut obłudy.

17tego czerwca 2021 opublikowaliście relację ze spotkania w Klubie Wyborczej, podczas którego padały bardzo doniosłe stwierdzenia, deklaracje, zapewnienia. (podaję link)

Pozwólcie, że przywołam kilka cytatów waszego szefa, Adama Michnika:

„…mamy do czynienia z procesem postępującej, nie tylko w Polsce zresztą, komercjalizacji mediów. Troska o prawdę jest wypierana przez to, co przynosi zysk.”

(…)

„Przyrzekam, że dopóki będzie ten zespół, to my z tej drogi nie zejdziemy. To jest droga prawdy i to jest droga, po której krocząc, mamy poczucie, że jesteśmy po dobrej stronie historii.”
(…)
Wartość zaangażowania w jakąś sprawę nie mierzy się szansami jej zwycięstwa, tylko wartością tej sprawy.
(…)
„Mamy poczucie, że bronimy tego, co dla polskiego społeczeństwa i dla Polski jest najważniejsze. Bronimy dobrze rozumianych wartości narodowych, wartości chrześcijańskich, wartości obywatelskich, bronimy też tego, co jest bezcenne: pluralizmu, wolności, prawdy i tolerancji. Bardzo byśmy chcieli, żebyście państwo zostali z nami i chcielibyśmy bardzo zasłużyć na wasze zaufanie.”

Muszę przyznać, że brzmi to naprawdę dumnie. Adam Michnik rozsiewa atmosferę uczestniczenia w czymś dobrym, słusznym i przede wszystkim koniecznym. W dwóch słowach – czysty idealizm.

Dokładnie taki ton nadaje tej ‘naszej sprawie’ Adam Michnik. Celowo piszę ‘nasza sprawa’ – po włosku to ‘cosa nostra’, a jak wiemy, najważniejszym prawem cosa nostry, jest prawo omerty – zmowy milczenia.

Do niedawna żyłem w przeświadczeniu, że słowa potrafią być potężną bronią. Dzięki Wam już wiem, że równie groźnym zjawiskiem jest milczenie.

Wiem o milczeniu sporo, ponieważ długo sam milczałem i z tego również nie jestem dumny. Fascynująca i przerażająca kategoria z tego milczenia, muszę przyznać.

Pamiętajmy, że człowiek może milczeć z kilku powodów, np. z niewiedzy, lub też intencjonalnie z własnej woli albo z konieczności, ze strachu.

Przytoczę kolejny fragment z waszego spotkania:

ALEKSANDRA KLICH:

„DNA „Wysokich Obcasów” są nasi czytelniczki i czytelnicy. „Wysokie Obcasy” są – mam nadzieję – takie, jak Państwo. Tak samo śmiałe, tak samo odważne, tak samo zaangażowane w bronienie demokracji, w sprawy społeczne. Są tak samo wrażliwe na krzywdę słabszych, wykluczanych, na wszelkie dyskryminacje, są takie, jak wy.”

Reasumując powyższe deklaracje otrzymujemy obraz „Gazety Wyborczej” jako obrońcy kluczowych dla demokracji wartości i praw człowieka – również tego człowieka, który może czuć się wykluczony.

Droga Redakcjo, śmiem twierdzić, że jest to nie tylko kompletne pustosłowie, ale zwyczajne kłamstwo. To jest mistyfikacja, ponieważ mój przypadek pokazuje, że sprzeniewierzacie się tym wszystkich ideałom, które dumnie prezentujecie na swoich sztandarach, a którymi kusicie kolejnych czytelników, inwestorów, akcjonariuszy.

Liczy się dla was tylko ZYSK.

W trosce o zysk jesteście w stanie posunąć się do bardzo nieprzyjemnych praktyk.

Sytuacja w Polsce jest niezwykle trudna, skomplikowana i uważam, że to jest też w dużym stopniu wasza ‘zasługa’.

Aktualnie bijecie na alarm, że władza próbuje kneblować usta dziennikarzom, że chce zniszczyć wolne media.

Moje doświadczenia z wami pozwalają mi wyrazić głęboką obawę, że tak naprawdę, to wy kneblujecie usta – swoim własnym dziennikarzom.

Z obawy o zysk, o pieniądze, o nic innego.

Skąd ten zarzut? Sami dobrze wiecie, ale pozwólcie, że wam i waszym czytelnikom przypomnę.

Na kilka dni przed premierą filmu Jakuba Piątka ‘Prime Time’ wysłałem do waszej redakcji list otwarty, w którym bardzo przejrzyście opisałem jak wielką krzywdę wyrządza ten film, jak strasznie jest on przeze mnie i moją rodzinę niechciany.

Pamiętajmy, że nie mówimy o jakimś tam pokazie kina offowego w Tapczanowie Dolnym z projekcją dla 30 hipsterów w sweterkach z lat 80tych wyświetlanym na prześcieradle rozciągniętym na sznurze do prania. Mówimy o filmie dostępnym dziś na Netlifxie w ponad 190 krajach dla 200mln zarejestrowanych użytkowników. To trochę zmienia optykę. To zmienia całą mechanikę problemu…

Wysłałem wam i innym redakcjom mojego maila.

Odpowiedział mi dziennikarz waszego działu Kultura, którego imię i nazwisko stosownie przemilczę tak samo, jak Umberto Eco przemilczał nazwę klasztoru w „Imieniu róży”. Dziennikarz zaoferował w imieniu redakcji zainteresowanie sprawą, publikację mojego stanowiska z fragmentami mojego listu oraz rozmowę telefoniczną. Oczywiście rozmowa telefoniczna nie wchodziła w rachubę z wiadomych powodów. Na publikację fragmentów mojego listu otwartego, czyli de facto jego ocenzurowanie, absolutnie nie wyraziłem zgody. Następnie była weryfikacja mojej tożsamości – wysłałem mój dyplom ukończenia studiów ze zdjęciem i wszystkimi danymi osobowymi.

Rozmowa wędrowała w pozytywnym kierunku. Redaktor był bardzo empatyczny i miał szczery zamiar zaangażowania się w sprawę dla jej rzetelnego przedstawienia. Miałem zakomunikowane, że rozmawiał z szefami działu i stanęło na tym, że będzie opublikowany tekst o całej sprawie z linkiem do listu otwartego na moim blogu. Redaktor film obejrzał i już w tych wstępnych mailach przyznał, że twórcy ewidentnie przenieśli pewne element z prawdziwego wydarzenia. A było to jeszcze na długo przed moim postem pt. Meritum, w którym wymieniłem najważniejsze i najpoważniejsze zarazem elementy, które twórcy tego filmu wbrew mojej woli przenieśli na ekran – bezczelnie ukradli, nazwijmy to po imieniu. Naprawdę chylę czoła przed zaangażowaniem waszego dziennikarza w sprawę – był wybitnie zainteresowany przedstawieniem jej w obiektywny sposób i bez pomijania oczywistej kontrowersji związanej z faktem, że w produkcję jest zaangażowany Next Film, firma należąca do Agory. W jednym z maili pada następujące stwierdzenie waszego dziennikarza

„tak, dostrzegłem dużo podobieństw. Jest oczywiście też trochę rzeczy pozmienianych, ale nie wiem, czy to wystarcza twórcom, żeby prawnie byli zabezpieczeni (moralnie ten film w oczywisty sposób jest wątpliwy)”.

Tak na marginesie tylko chciałbym zauważyć, że to właśnie kwestie etyczne powinny (przynajmniej) decydować o tym, czy coś jest prawnie dozwolone, czy też nie. Prawo wyłania się z etyki, nie odwrotnie. Gdyby było odwrotnie, to świat stałby na głowie, tak jak zresztą stoi teraz!

Następnie dziennikarz zadeklarował przesłanie mi tekstu do autoryzacji i bardzo jasno stwierdził, że jeśli ja uznam, że tekst mógłby mi albo mojej rodzinie zaszkodzić, to oczywiście wstrzyma publikację.

Decyzja miała należeć do mnie.

Wymieniliśmy następnie kilka dodatkowych maili i wreszcie otrzymałem tekst.

Artykuł zawierał kilka drobnych nieścisłości, które kulturalnie zaakcentowałem. Była w nim wypowiedź pani prawnik, która podzieliła się swoją opinią, bardzo generalną, ale uważam jak najbardziej trafną na tamtym etapie.

W tym artykule było również kłamliwe stanowisko producentów z Watchout Studio, którzy podali obrzydliwie zakłamaną wersję kontaktów Piątka z moim ojcem, twierdząc, że urwał on z nimi kontakt. Oczywiście podesłałem prawdziwą sekwencję telefonicznych kontaktów z Piątkiem zaznaczając, że Jakub Piątek miał wręcz łopatologicznie wyjaśnione, dlaczego ten film nie może zawierać żadnych zapożyczeń z wydarzenia z moim udziałem.

W imieniu Jakuba Piątka bezczelnie kłamał pan Krzysztof Terej z Watchout Studio i ja to sprostowałem podając prawdziwą kolejność i treść telefonów Jakuba Piątka z moim ojcem, który konsultował sprawę ze mną pomiędzy telefonami z Piątkiem.

Dziennikarz uwzględnił naszą wersję kontaktów z Piątkiem, co uważałem za konieczną i jak najbardziej słuszną korektę tekstu, ponieważ czytelnicy powinni mieć przecież prawo usłyszeć dwa głosy dwóch spornych stron, żeby sobie mogli samemu ocenić, kto mówi prawdę, a kto obrzydliwie kłamie.

W tekście miała się również znaleźć wzmianka o kontaktach ze studiem Wajdy, który był zainteresowany moją historią i finalnie odrzuceniu oferty Mistrza.

Następnie wymieniliśmy sobie kilka kurtuazyjnych maili. Podziękowałem szczerze za zainteresowanie i najnormalniej w świecie oczekiwałem na publikację tekstu na łamach „Gazety Wyborczej”, a ściślej mówiąc oczywiście jej wersji elektronicznej.

Tak się nie stało. Minął cały weekend, a tekst się nie ukazał.

Musiałem zapytać i uprzejmie poprosić o link do artykułu po dwóch dniach bez publikacji. W odpowiedzi usłyszałem, że ów dziennikarz zdecydował się wycofać tekst z publikacji, co argumentował troską o zdrowie moich rodziców, którzy ciężko znosili (i nadal ciężko znoszą) tę sprawę.

Odpisałem ze zdumieniem, że to nie ja ani on jesteśmy odpowiedzialni teraz za zdrowie moich rodziców (i moje, mojej żony również), tylko producenci i dystrybutorzy filmu. A przede wszystkim to burza medialna już się działa w tym czasie, bo o sprawie pisały: WP, Onet, Fakt, lokalne media w naszym mieście, Tomasz Raczek jako pierwszy nagłośnił problem, poświęcił tej sprawie sporą część swojego podcastu radiowego, za co jestem mu dozgonnie wdzięczny, NaTemat, Newsweek, w którym Krzysztof Varga stwierdził, że mój post wywołał u niego więcej emocji niż cały film Jakuba Piątka, zatem argument o niepublikowaniu tekstu z uwagi o medialny hałas był wtedy zupełnie bezzasadny – to już się przecież działo. Ten argument był wręcz bezczelny i obrażający, bo w tym samym czasie „Gazeta Wyborcza” promowała ten film całą serią innych artykułów, np. o tym w jakich czapeczkach i trampach biegał po planie bohater grany przez Bartosza Bielenię. Tak, cała ta promocja współproducenta filmu, którym jest Agora, na pewno bardzo dobrze robiła naszemu zdrowiu, a tekst, który miał nagłośnić sprawę i pokazać kontrowersję z nim związaną, w którym czytelnicy mogliby przeczytać jak odpowiadam na bezczelne kłamstwo Tereja i Piątka, to już nie, na pewno by nam nie pomógł, tylko by zaszkodził…

Napisałem wam, że w mojej ocenie dziennikarz miał bardzo dobre intencje, ale z mojej perspektywy wygląda to tak, że zamknięto mu usta, że redakcja wywarła na nim presję, żeby ten tekst nie został opublikowany.

Bardzo jasno dałem waszej redakcji do zrozumienia, że niepublikowanie tego teksu wcale nie służy naszemu zdrowiu, tylko służy producentom tego okropnego filmu! Służy wam!

Nie dostałem żadnej odpowiedzi. Kontakt się urwał. Autor nieopublikowanego nigdy tekstu nie napisał do mnie z próbą przekonania mnie, że to była faktycznie jego osobista decyzja, żeby nie puszczać tego tekstu. Nie tak się umawialiśmy – to ja miałem o tym zadecydować, gdym uznał tekst za mogący spowodować jakiekolwiek nieprzyjemności dla moich rodziców i to padło z jego (waszej) strony, ja sam o to nie musiałem nawet prosić!

Doskonale wszyscy wiedzieliście, że to właśnie mi zależało na tej publikacji i że decyzja o niepuszczaniu tego tekstu może służyć tylko producentom i dystrybutorom, nie mi. Przełożyliście ich i wasz interes nad zdrowie jednego człowieka i jego rodziny, który tak naprawdę stara się teraz powalczyć o standardy dla innych, żeby takie Piątki, Tereje, Bielenie i Czapskie wiedziały dokładnie, co im wolno, a czego robić absolutnie nie mogą!

Nie wierzę, że to wasz dziennikarz z własnej woli wycofał się z publikowania tego tekstu. Uważam, że zakneblowaliście mu usta.

Poważny zarzut, tak, zdaję sobie z tego sprawę, ale bardzo mi przykro – tak to właśnie wygląda z mojej strony. Wszystkie moje maile z tym dziennikarzem, jego głębokie przejęcie problemem, zaangażowanie i nagle cisza, brak kontaktu z otrzymanym po moim kolejnym mailu wyjaśnieniem, które nie miało odzwierciedlenia w prawdzie – to wszystko niestety ale daje do myślenia i nie trzeba długo myśleć, żeby taki zarzut sam się objawił. To wy stworzyliście taką sytuację, nie ja. To wy sami siebie postawiliście w takim świetle.

Oskarżam zatem „Gazetę Wyborczą” o wewnętrzną cenzurę, o krępowanie wolności dziennikarskiej jej własnych dziennikarzy.

Powiedzcie teraz wprost mi i swoim czytelnikom, że opowiadam kalumnie i że to była samodzielna decyzja waszego autora. Śmiało, zróbcie to. Oskarżam was o to, że sprzeniewierzyliście się idei dziennikarstwa, czyli naczelnej zasadzie, która nakazuje pisać i nagłaśniać prawdę. Niech wyjdzie ów dziennikarz i powie, że to on sam podjął taką decyzję, niech pod swoim imieniem i nazwiskiem broni waszego tytułu. Jeśli ja mam rację i moje podejrzenia są słuszne, to już jego sprawa, jego sumienie mnie nie obchodzi.

Wersja, że to była jego indywidualna decyzja, nie przekonuje mnie i nie ma potwierdzenia w faktach.

Prawda o was jest taka, że nie bez powodu przezywa się was „Gazetą Wybiórczą”. Dziennikarstwo, jego misja, nie polega na wybiórczości. Polega na informowaniu, na podawaniu do publicznej wiadomości choćby najbardziej niewygodnej, nieprzyjemnej i trudnej do zaakceptowania prawdy. Jestem w oczywistym sporze z twórcami tego obrzydliwego, beznadziejnie zrobionego, zbędnego i przede wszystkim krzywdzącego filmu, a waszym obowiązkiem było o tym poinformować, bo tu nie chodzi wcale o mnie, tylko o standardy, o to, co producenci mogą, tu chodzi o prawa człowieka do jasnej cholery, wcale nie o mnie. Mi już elitarna jednostka warszawskiej policji dawno temu udowodniła, że nie mam żadnych praw. Wtedy o tym brutalnym pobiciu pisaliście – dziękuję za to uprzejmie, a teraz o was samych nie chcecie już pisać. Wybraliście uciszenie mnie i mojego głosu sprzeciwu wobec tego kolosalnego świństwa, które właśnie wydarza się i cały czas jest dostępne dla ponad 200mln ludzi na świecie.

Istotą tego sporu jest bardzo poważne naruszenie dóbr osobistych, szczególnie tych, które powinna przynajmniej z zasady chronić tajemnica choroby, a przede wszystkim Konstytucja RP. Nie byłem i nie jestem urodzonym przestępcą, zdemoralizowanym i nienaprawialnym. Dokonałem w swoim życiu potężnej przemiany i osiągnąłem sporo osobistych, drobnych ale niezwykle dla mnie ważnych, sukcesów. Jestem człowiekiem i mam prawa, których będę dochodził. Pokonałem wszystkie swoje uzależnienia, ujarzmiłem chorobę, nie popełniłem żadnego kolejnego przestępstwa, wyedukowałem się i bardzo ciężko pracowałem, żeby uczciwie i godnie żyć. I całym swoim jestestwem sprzeciwiam się, żeby jakaś grupka ‘kreatywnych inaczej’ hipsterów żerowała na moim życiu i moim osobistym dramacie, który tak naprawdę wytrącił całą moją najbliższą rodzinę z orbity normalnego życia i zmusił ją do udźwignięcia jakże ciężkich konsekwencji nie ich własnych błędów przecież, lecz moich. To ich prawa są tu jeszcze bardziej pogwałcone, aniżeli moje. To ich godność i prawo do prywatności zostały dosadniej naruszone. To o nich powinniście się bardziej zatroszczyć, skoro mnie byliście w stanie tak instrumentalnie potraktować. Gdzie jest ta wasza empatia dla nich?

Tekstu nie chcieliście drukować, niby z troski o moją rodzinę, ale film promowaliście pełną parą!

Przepraszam, ale to jest zwykłe świństwo, nazwijmy to po imieniu.

Nie wmawiajcie swoim czytelnikom, że odbiera się wam prawo do pisania i mówienia prawdy, skoro sami z tego prawa rezygnujecie.

Nie mówcie ludziom, że dzieje się wam krzywda, skoro sami z premedytacją odwracacie głowę od krzywdy, o której macie pełną świadomość, że się wydarza na waszych oczach.

Nie próbujcie przekonywać nikogo, że jakaś władza atakuje wolność słowa, skoro dla was ta wolność oznacza wolność od obowiązku mówienia prawdy.

Wolność mediów nie znaczy, że ‘piszemy o czym chcemy i jak chcemy’. Macie złą definicję tej wolności w waszych umysłach.

Jeszcze raz słowa waszego naczelnego:

Adam Michnik: „…mamy do czynienia z procesem postępującej, nie tylko w Polsce zresztą, komercjalizacji mediów. Troska o prawdę jest wypierana przez to, co przynosi zysk.”

Ze mną zrobiliście dokładnie to, na co utyskuje Michnik, samozwańczy moralizator życia Polek i Polaków, który chyba już kompletnie uwierzył, że zamienił się w parasol wartości rozpięty nad całą Polską – przełożyliście własny zysk nad troskę o prawdę.

Sprzeniewierzyliście się idei dziennikarstwa tylko i wyłącznie z lęku o wasz zysk, o wasze brudne pieniądze. Zbrukaliście dziennikarstwo dokładnie tym, co wytykacie innym nazywając to ‘komercjalizacją mediów’.

Oskarżam was o to, że nie jesteście dziennikarzami, tylko przedsiębiorcami, handlarzami wybiórczo podaną informacją.

Skoro nie chcieliście pisać o mnie, to o czym jeszcze nie chcieliście informować? Komu jeszcze odebraliście możliwość mówienia o jakiejś ważnej sprawie? Ja już wiem, że z troski o siebie i swoich partnerów biznesowych uciszacie ludzi i ich problemy. Zachodzi uzasadnione podejrzenie, że ukręciliście łeb znacznie poważniejszym sprawom. Ja jestem tylko jakimś tam wariatem, który podnosi raban w sprawie podrzędnego filmu ‘klasy Z’ nakręconego przez ludzkie kserokopiarki, nie przez artystów z powołania.

Zupełnie przypadkowo stałem się też papierkiem lakmusowym sprawdzającym waszą ‘zasadowość’, no i niestety okazało się, że wasze pH jest kwaśne i śmierdzi!

To właśnie w świecie brutalnego kapitalizmu nikt nikogo nie będzie oskarżał, że troszczy się o swój interes, o swój zysk, o swój biznes – jak Discovery Inc. o równie winny w tej sprawie TVN – waszego wspólnika w tym skandalu.

Dlatego przestańcie się nazywać dziennikarzami.

Jesteście „Gazetą Wybiórczą” i zaprzeczeniem dziennikarstwa.

Redaktor Michnik szczególnie upodobał sobie ostatnio Dekalog i gdzie tylko może jawi się jako jego zaciekły apologeta.

Dekalog, jak doskonale wszyscy wiemy, został przekazany Mojżeszowi przez Boga Jahwe na Górze Synaj. To miejsce, dokładnie właśnie ta góra, której piękna arabska nazwa brzmi Dżabal Musa, a po hebrajsku Horeb, ma dla mnie szczególne znaczenie. Na jej szczycie o wschodzie słońca oświadczyłem się mojej żonie. To miejsce łączy w sobie, niczym hermeneutyczny węzeł, kluczowe pojęcia dla naszej wspólnej cywilizacji tkane nićmi kilku tradycji, języków i wyznań. Mam w swojej kolekcji rycinę z połowy XVI w., która przedstawia dzieje Mojżesza właśnie z Górą Synaj w tle, a na jej pierwszym planie widać przepiękne postaci Mojżesza, jego żony, Aarona i Miriam z wygrawerowanym  łaciną cytatem, który dedykuję Adamowi Michnikowi:

‘Beati mites quoniam ipsi possidebunt terram’

“Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię.”
Ewangelia Mateusza, 5-5

Uciszając mnie, uciszając mój głos sprzeciwu i promując to obrzydlistwo wyprodukowane wspólnie z Watchout Studio, odebraliście sobie sami legitymację dziennikarską. Nikt, żadna władza, nie musi za was tego robić.

Pogłębmy nieco dyskusję o problemie.

Od Arystotelesa wiemy, że prawda jest zgodnością naszych stwierdzeń z rzeczywistością, co św. Tomasz przekuł w Veritas est adeaequatio rei et intellectus, co brzmi jeszcze piękniej, gdyż już bezpośrednio kojarzy dwa różne światy: świat umysłowy z materialną rzeczywistością.

Św. Jan w pierwszym wersecie swojej ewangelii mówi do nas: „Na początku było Słowo,

a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo”, dodając tuż zaraz: „Słowo stało się ciałem”.

Fascynujące jest samo rozważanie o tych sprawach! Prawda jest zatem czymś, co łączy dwa różne światy, jest mostem pomiędzy tym, co nieśmiertelne, boskie i piękne, co można próbować tylko umysłem odkrywać, ze światem, który przemija, jest ułomny i którego codziennie doświadczamy naszymi zmysłami.

Prawda jest efemerycznym bytem, który objawia się nam tylko wtedy, gdy o niej mówimy. Milczenie ją odgania, nie uśmierca ostatecznie i bezpowrotnie, ale przepędza. Milczenie może prawdę konserwować, ale tylko wtedy, gdy jest słuszne i konieczne.

Prawda jest jak nienamalowany jeszcze obraz, który malarz już widzi przed sobą w swojej duszy. Jest jak nienapisany jeszcze wiersz, który już bije w sercu poety. Prawda jest jak muzyka, która gra tylko w umyśle szalonego kompozytora wzdrygająca jego ciałem, jak marionetką na niewidzialnych sznurkach, jeszcze nie spisana na pięciolinii, niesłyszalna dla nikogo.

Trzeba jej dać przestrzeń i czas, medium i determinację. Istnieje, ale nie wydarzy się przed nami, jeśli nie będziemy tego chcieli. Trzeba jej dać miłość i pokochać ją, choćby była szpetna i zawstydzająca.

Najwspanialsze dzieła sztuki naszej wspólnej cywilizacji nie są o rzeczach tylko pięknych i przyjemnych, których miło się doświadcza. Najwybitniejsze dzieła traktują o cierpieniu i dramacie, który rozgrywa się właśnie tam, gdzie dusza łączy się z ciałem, w zanurzeniu logosu w instynkt ciała.

Sztuka jest prawdą. Im bardziej twórca oddala się od prawdy, tym mniej ma do powiedzenia, tym mniej istnieje świat, który stwarza. I odwrotnie: im bardziej autentyczny jest sam proces twórczy, tym piękniejsza i żywsza jest fikcja, którą artysta tworzy. Nierealne światy, o których istnieniach nie mieliśmy pojęcia, tętnią życiem przed nami tylko dlatego, że proces ich tworzenia był szczery i prawdziwy. Najmniejsza domieszka fałszu niweczy cały wysiłek i bezpowrotnie uśmierca dzieło.

Sztuka odrzuca kłamstwo. Nie ma w niej miejsca na fałsz. Najbardziej renomowany dom aukcyjny na świecie może oczywiście sprzedać za pół miliarda dolarów obraz Zbawiciela Świata, ale Sztuka wypluwa poza siebie to oszustwo i nigdy nie pozwoli mu przetrwać, zepchnie je w niepamięć, w niebyt, w niesławę, a jej autorów skarze na wędrówkę po piekle w towarzystwie Wergiliusza. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości, ponieważ widzieliśmy to już nie raz.

Sztuka jest prawdą, a prawda jest logosem, którego możemy dotknąć i doświadczyć zmysłami w materialnym świecie.

Poczuć rozum: własny, czyjś, obcy, wspólny, boski – to nam umożliwia sztuka, tym jest właśnie prawda, jest czującą myślą, jest myślą wzbogaconą o uczucia, które pozwalają czasami lepiej rozumieć rzeczy i stany nieuchwytne myślą. Sztuka jest bogiem, jest wszechświatem, jest nieznaną liczbą i jej odkrytymi prawami.

Wspinając się w nocy na górę Synaj natrafimy na miejsce, gdzie gwiazdy są naprawdę blisko, na wyciągnięcie ręki.  Św. Anzelm argumentował za istnieniem Boga, że przecież nic innego większego i słusznego nie można pomyśleć. Uwielbiam ten fragment „Proslogionu”, to wyjątkowa chwila w dziejach ludzkiej myśli, piękny moment wzbicia się na wyżyny naszych możliwości. Oto Bóg istnieje tak bardzo, jak bardzo tego chcemy i pragniemy. Wszystko, co piękne, złe, szpetne lub dobre, wszystko to znajduje swoje miejsce i wytłumaczenie. Nagle to wszystko można zrozumieć i zobaczyć, choćby tylko przez krótką chwilę, jak te gwiazdy w zasięgu dłoni.

Na górę Synaj wchodzi się w ciemnościach nocy, żeby rozmawiać ze sobą, żeby rozmawiać z Bogiem, ale na szczycie i o świcie słońca żaden Jahwe nie zajaśnieje na horyzoncie, jeśli tej wspinaczce nie nada się osobistego znaczenia. W tej wędrówce przez mrok ku światłu nie ma sensu, jeśli sami go nie potrafimy choćby tylko wyczuć – jeśli nie ma go w sercu, nie ma go w umyśle, nie ma go dla nas nigdzie.

Fides quaerens intellectum – wiara poszukująca zrozumienia, tak mawiał mój ukochany św. Augustyn, którego duszę trawił ciężar grzechu dziecięcej wyprawy po gruszki skradzione z sadu tylko po to, żeby je wyrzucić.

Wiara poszukująca zrozumienia… Trzy słowa, a jakże piękne! Uwielbiam kontemplować tę myśl, oddawać się jej i patrzeć, gdzie mnie zabiera. Staram się usilnie zrozumieć moją wiarę w to, co słuszne i prawdziwe, w mój rozum, ale gdzie jest ta prawda, skoro o niej się nie mówi, gdzie mam znaleźć dla niej przestrzeń?

Dziennikarze „Gazety Wyborczej” zarzucili mi w 2003 roku pogardę Dekalogu. Tak właśnie zatytułował wtedy swój komentarz Piotr Stasiński, doktor nauk humanistycznych – „Pogarda Dekalogu”. Nie zamieniając ze mną ani jednego słowa okrasił całe to wydarzenie, które śmiało można nazwać dramatem mojej młodości i traumą mojej rodziny, jakże niesprawiedliwym, chybionym i bolesnym komentarzem.

Kim jesteś dziennikarzu „Gazety Wyborczej”, żeby wyrokować, co jest pogardą Dekalogu? Kto dał tobie tak zacny tytuł i funkcję obrońcy Dziesięciu Przykazań?

Z ubolewaniem patrzę na to, jak zaprzepaściliście szansę na stworzenie czegoś wyjątkowego, czegoś słusznego, co mogłoby stać się właśnie tym mostem łączącym dwa różne światy, o których pisałem powyżej. Zniszczyliście to doszczętnie własną pychą i próżnością.

Zamiast opowiadać komunały o Dziesięciu Przykazaniach jedźcie do Egiptu ich poszukać w nocy na Górze Synaj.

Zamiast skazywać Prawdę na banicję, uderzcie się w pierś i przeproście, bo macie doprawdy za co przepraszać. Nie mnie, bo ja prawdę znam. Swoich czytelników, bo przed ich wzrokiem przepędzacie Prawdę zamykając ją w więzieniu ignorancji.

W kole Samsary ignorancja jest przedstawiona jako ślepiec bezradnie macający kijem drogę, po której błądzi w nieustannym cierpieniu narodzin i śmierci w oceanie fałszu i iluzji.

Właśnie w takich ślepców zamieniacie swoich wiernych czytelników. Intencjonalnie, z obawy o przegrany pozew w sądzie, z obawy o pieniądze…

Nie bez powody przywołałem Eco. W jego powieści rogi stron manuskryptów z cenną wiedzą były nasączone trucizną, z obawy właśnie przed poznaniem prawdy przez ciekawskiego jej czytelnika.

Prawdy nie da się ukryć. Nieważne, jak bardzo będziecie się starać.

Wstyd, Gazeto.

Adrian M.

#primetime #jakubpiatek #bartoszbilenia #lukaszczapski #watchoutstudio #tvn #tvn24 #adammichnik #gazetawygorcza #kultura #sztuka #prawda

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *