Sprzedawca oksymoronów

Każda epoka ma swoje znaki szczególne, zestaw cech, dzięki którym bardzo łatwo ją odróżnić od reszty jej młodszego i starszego rodzeństwa. Każda epoka ma swoje ikoniczne reprezentacje w postaci ludzi i ich wyjątkowych dokonań, ma swoje legendy, ma swój mit.

Rządy PiS i Zjednoczonej Prawicy nie zasługują na mówienie o nich przy pomocy tak szlachetnych terminów. PiS w ogóle nie zasługuje nawet na aptekarską porcję sympatii.

Niemniej jednak każdy kolejny dzień ‘nierządów’ tej ekipy jest tak bolesnym doświadczeniem, że całość ich parszywej działalności zdaje się rozciągać w nieskończoność i zaczyna przybierać rozmiary bardzo ciemnego rozdziału w historii naszego państwa. Dlatego należy zdefiniować główną stałą, która określa całość tego okresu.

PiS ma niespotykaną umiejętność wulgaryzowania wszystkiego, czego się dotknie. To jest nadrzędna charakterystyka kaczyzmu.

Nie chcę być kąśliwy i wypominać dziennikarzom „Gazety Wyborczej” peanów na cześć Kaczyńskiego, ale gdy oni prezentowali skandalicznych rozmiarów naiwność wobec jego intencji, wszyscy rozsądni ludzie mieli w swojej pamięci wcześniejszy, dwuletni epizod rządów PiS i nie mieli złudzeń, że Kaczyńscy są wyjątkowo groźnymi polityczno-społecznymi szkodnikami, a jedyne, co umieją robić skutecznie, to konsekwentnie niszczyć dokonania poprzedników. Chyba każdy z nas pamięta z przedszkola takiego małego skurwysynka, który z zawiści i dla własnej satysfakcji rozwalał zbudowany przez inne dzieci zamek z klocków. No właśnie…

Z zażenowaniem i niedowierzaniem czytało się i słuchało przed wyborami w 2015 i jeszcze długo po nich wypowiedzi, w których pozornie inteligentni ludzie gimnastykowali się prezentując jakieś wyjątkowe „osiągnięcia” Kaczora, albo jego geniusz stworzenia czegoś, co można pozytywnie opisywać.

Projekt 500+ pominę, bo to wcale nie jest dzieło PiS. Paweł Kowal biegał z tym pomysłem po wszystkich partiach, był z tym również u PO i PSL, gdy te partie rządziły i PO zwyczajnie uznała tę koncepcję za nierealną do zastosowania w Polsce.

Jedna rzecz natomiast Kaczyńskiemu wyszła, ale nie jestem w stanie dostrzec w tym nic konstruktywnego, wręcz odwrotnie…

Jarosławowi Kaczyńskiemu udało się bowiem dokonać kolosalnego „dzieła” – on nie tylko stworzył formację polityczną, zlepek kilku prawicowych partii namaszczonych przez Kościół Katolicki z bonusowym kaznodzieją z Torunia i jego medialną platformą około miliona odbiorców, nie, on zrobił coś znacznie gorszego – kompletnie zredefiniował czas, w którym żyjemy, czas w sensie wszystkich jego kluczowych manifestacji poprzez nieustannie zmieniającą się rzeczywistość; to właśnie Kaczyński zdominował te zmiany, które skaziły całe pozostałe uniwersum czasu i tego, co się w nim wydarza.

Doświadczony grzybiarz potwierdzi, że wystarczy mały ‘szatan’ nieumyślnie wrzucony do garnka i cała mizernie przygotowana potrawa przejdzie paskudną goryczą. Stosuję tę metaforę dosyć często, bo niestety ale jest trafna.

To jest czas Kaczyńskiego, dosłownie i w przenośni. W jak najbardziej realnym, ontologicznym znaczeniu słowa „czas”. To jest czas wulgaryzacji całego życia, to jest czas zatrutej przez Kaczyńskiego rzeczywistości.

Starożytność przekazała dzieciom przypowieść o królu Midasie, którego chciwość postanowił bardzo przebiegle ukarać Dionizos – zdecydowanie najciekawszy bóg greckiej mitologii, o którym pewien bazylejski profesor powiedział kiedyś: alternatywa dla Chrystusa. Przestrzegam jednocześnie przed trywializacją Dionizosa do poziomu hedonizmu i orgii zakrapianych winem. Dionizos, to coś znacznie więcej, niż bóstwo płodności, niż przypadkowe dzieci poczęte w namiocie po alkoholu podczas pielgrzymki do świętego obrazu na Jasnej Górze. Dionizos, to esencja antyku – tej dostojnej epoki, w której możemy oglądać człowieka takim, jakim jest on naprawdę i Dionizos przenika przez tę nieskończoną siatkę pojęć, symboli, archetypów myślenia, estetyki, filozofii i religii niczym sok z winogron wyciskany przy produkcji wina.

Dionizos pozwolił Midasowi ukarać się samemu, zadając mu przewrotne pytanie: czego pragniesz?

Chyba każde dziecko wie, jak skończył – zamienił się w złotego pokemona.

Po co te wycieczki w starożytność i kąśliwe parabole?

Mam nieodparte wrażenie, że czegokolwiek PiS się nie dotknie, to zamieni nie w złoto, ale w błoto. Czegokolwiek oni nie zrobią, to spaskudzą tak, jak jeszcze nikt nigdy wcześniej tego nie spaskudził. Każda z tych ciemnych postaci, karykatur moralnych, ma na koncie wstrętne grzechy.

Sam święty nie jestem, ale po przeczytaniu rewelacji Wirtualnej Polski o biznesie Łukasza Mejzy, mam ochotę napisać podanie do Watykanu z prośbą o moją beatyfikację jeszcze za życia, bo przy nim czuję się jak uosobienie dobra stąpające po tym łez padole.

Dziennikarze WP donoszą, że wiceminister sportu wyłudzał pieniądze m.in. od rodzin chorych dzieci oferując im NADZIEJĘ. Dorosłych też miał oszukiwać, ale wątek chorych dzieci jest szczególny.

Zaintrygowała mnie ta sprawa właśnie od strony tej nadziei i chyba muszę to zrzucić na karby mojego wyuczonego fachu. Marek Aureliusz nawoływał w duchu starożytnej filozofii – szukaj esencji, szukaj istoty problemu.

Istota procederu Łukasza Mejzy, to oszustwo polegające na oferowaniu ludziom ciężko dotkniętym przez los nadziei na poprawę życia pociech, które urodziły się z poważnymi przypadłościami, takimi jak: autyzm, porażenie mózgowe, choroby genetyczne.

Na to nie ma lekarstwa, ale na tym właśnie polegał cały pomysł Łukasza Mejzy – to jest istota tego procederu.

Oto cytat z artykuły dziennikarzy śledczych wp.pl:
“Firma reklamowała się hasłem “Leczymy nieuleczalne””.

Przyznam szczerze, że ten slogan reklamowy wpędził mnie w poważny dysonans eidetyczny, który polega na tym, że zostałem zapętlony w nieskończonym procesie logicznej sprzeczności tego hasła i nie mogę się z tej oksymoronicznej pułapki wydostać.

Leczymy nieuleczalne – ktokolwiek to przeczyta i poświęci choćby kwant czasu na refleksję nad sensem tej wypowiedzi, ten przepadnie bez reszty w szatańskim paradoksie, także absolutnie odradzam: niech nikogo ciekawość nie zgubi, nie zaglądajcie w czarną dziurę bezsensu tego sloganu, bo już nigdy z niej się nie wydostaniecie. Nie wskakujcie do tej króliczej norki, nie zrywajcie owocu z tego drzewa! Ze mną sprawa wygląda inaczej, ponieważ posiadam specjalny paszport, który umożliwia mi swobodną wędrówkę po uniwersum takich absurdów i mi nie grożą żadne konsekwencje tego typu eksperymentów myślowych. Jak mawiał jeden z moich wykładowców na studiach: filozofia, to jest taniec na ostrzu brzytwy, nie każdy się nadaje…

Leczymy nieuleczalne – sam Lucyfer lepiej nie zaświeci kagankiem (krużgankiem, psiakrew!) kusząc i nęcąc biednych ludzi, którym okrutny los nie dał żadnej szansy. Błogosławieni ci, którym trafiły się dobre geny i zdrowe potomstwo. Przyroda jednak ma swoje piękne i okrutne oblicze. Daje i odbiera, pozwala i zabrania, ożywia i uśmierca. Człowiekowi jak dotąd udało się rozszyfrować bardzo dużo jej mechanizmów i dzięki temu można dziś np. pojechać do Zabierzowa i kupić od pana z dużym brzuchem i szaszetką na pasku lewy certyfikat szczepień przeciwko Covid-19. Zamiast szczepionki dostaniemy plasterek na ramię i po godzinie nasze dane na rządowych serwerach radośnie potwierdzą światu, że już mamy chip od Billa Gates’a w krwioobiegu.

Od kilku dni chodzę, wyrywam sobie włosy z głowy i się zastanawiam: po cholerę naklejają ten plasterek??

Szczepionki nie dają, ale dają plasterek, żeby człowiek myślał, że jednak ją dostał –  to o to chodzi? Takie placebo, które nie jest placebo ale jednak trochę jest… Genialne! Kolejny kołowrotek myślowy, jak z tym „leczymy nieuleczalne”.

Patrzcie co PiS zrobił! Takich geniuszy powyciągali z niebytu ś.p. III RP. Gdy z kranu leciała ciepła woda, te piękne umysły, tygrysy biznesu i przedsiębiorczości były w kompletnej hibernacji, a dziś mogą przeżyć swój renesans i zaszczycić ludzkość darem swojej kreatywności, a to wszystko dzięki Pierwszemu Poruszycielowi, demiurgowi Dobrej Zmiany – Jarosławowi Kaczyńskiemu.

Łukasz Mejza wpisuje się dokładnie w definicję znachorstwa. To jest ordynarny znachor żerujący na dotkniętych przez los ludziach, którym patrzenie na cierpienie ich własnych dzieci odbiera zdolność rozpoznawania takich hochsztaplerów na odległość.

Dzieje się tak, ponieważ jedyne co takim biednym ludziom zostało, to nadzieja na jakiś cud, na jakąś interwencję z nieba, chociaż na poziomie racjonalnym, gdzie reguły ustają nauka, empiria, umysł i inteligencja, wiedzą doskonale, że nic już nie może odmienić stanu zdrowia ich ukochanych dzieci.

Pozostaje ten element z pogranicza snu i jawy, zaklęcie, magia, cud, który musi się wydarzyć.

Na tym postanowił zbijać kapitał Łukasz Mejza. Na to zarzucił sieci perfidnie utkanego planu wzbogacenia się, wypchania sobie kieszeni forsą, żeby samemu wieść wygodne życie pełne luksusów i przyjemności. Wypłukać z oszczędności praktycznie bezbronne ofiary swojego oszustwa i za ich ciężko uciułane pieniądze żyć dostatnio – to jest cała konstrukcja tego procederu.

Czytelnicy, którzy są na moim blogu od początku jego powstania oraz najbliższe mi osoby wiedzą doskonale, że największe moje obrzydzenie prowokuje właśnie widok tak ordynarnej chciwości i żądzy posiadania forsy. To wzbudza u mnie ostateczną pogardę.

Ale przypominam po raz kolejny – on nie tyle wyłudzał pieniądze swoich ofiar, on kradł w pierwszej kolejności ich nadzieję.

W pewnym sensie PiS robi dokładnie to samo ze swoimi wyborcami – karmi ich nadzieją na coś, czego nie jest w stanie im podarować. Obiecuje im, że uleczy nieuleczalne. Mamy głosować i nie przeszkadzać – przecież to właśnie słowa szeregowego posła, inżyniera Dobrej Zmiany.

Przeczytałem wczoraj tekst Wojciecha Orlińskiego w „Gazecie Wyborczej”, w tytule którego autor przekonuje, że ma pomysł, jak odsunąć ich od władzy – „Orliński: Dzięki grom strategicznym wiem, jak odsunąć PiS od władzy”.

Tekst jest zręcznie i luźno napisaną refleksją na wspomniany problem, niestety boleśnie rozczarowuje sama recepta autora, ponieważ jego przepis na pokonanie PiS zamyka się w jednym zdaniu: Tak naprawdę jest tylko jeden sposób na odsunięcie PiS od władzy. To przedstawienie przeciętnemu wyborcy konkretnej oferty – „droga pani Kowalska, szanowny panie Nowak, jeśli dojdziemy do władzy, w waszym życiu poprawi się to i to”

Przy całym szacunku do autora, uważam, że ten pomysł jest niekomplenty. Oczywiście rozumiem cały kontekst artykułu pana Orlińskiego i to, co zawiera się w nim bezpośrednio wyłożone na stół oraz to, co jest między wierszami, ale pozwolę zadać pytanie:

– Czym niby dzisiaj opozycja może skusić wyborcę, skoro ogromna część elektoratu daje sobie wciskać tak tani i okrutny kit, jaki oferują PiS i taki karierowicz pod ich szyldem Łukasz Mejza?

PiS nie tyle zrozumiało wyborców oraz ich potrzeby, PiS stworzyło wyborców! Oni zredefiniowali myślenie milionów ludzi w Polsce, więc jaka niby oferta opozycji miałaby być atrakcyjna dla tak zmanipulowanych ludzi?

To jest realny problem. Nie tyle zawartość oferty jest istotna, tylko umysł, do którego ta oferta jest adresowana.

W dyskusjach w bliższym i dalszym gronie bardzo często podnoszę jedną kwestię: przeceniamy współczesnych ludzi i ich możliwości oceny aktualnej sytuacji, spodziewamy się po nich, że zobaczą to, czego nam nie trzeba tłumaczyć, ale tak nie jest, ponieważ oni widzą coś dokładnie odwrotnego.

Jaki jest sens uparcie częstować fistaszkami kogoś, kto konsekwentnie twierdzi, że jest na nie uczulony? Trzeba najpierw ustalić, czy jest naprawdę uczulony, jeśli nie, to trzeba się zastanowić, jak mu uświadomić prawdę, że może śmiało te orzeszki pałaszować, a dopiero na końcu podać je na tacy!

Skala procederu handlu lewymi certyfikatami szczepień w jednej tylko przychodni w Polsce może coś powiedzieć o rozmiarach tego zjawiska w całym kraju.

Mówimy być może o milionach ludzi, którzy za 450-900zł dają sobie przylepić plasterek na ramię po to tylko, żeby igrać ze śmiercią!

Do takiej osoby, Panie redaktorze Orliński, chce Pan żeby opozycja skierowała jakąś ofertę.

Można silić się na nie wiadomo jak przenikliwe i trafne analizy polskiego społeczeństwa i problemu PiS, ale mi wystarcza ta jedna prosta prawda o ludziach w Polsce, żeby zrozumieć, jak bardzo namieszała prawica w myśleniu Polek i Polaków. Wystarczyło dostać namaszczenie od sukienkowej mafii, przejąć publiczne media, rozdmuchać serię afer, nakręcić armię trolli internetowych i gotowe.

Cóż takiego ma opozycja zaoferować wyborcy, który od gwarancji na poziomie ok 80% szans łagodnego przebiegu zakażenia covidem i zupełnie darmowych szczepionek woli zapłacić sporą część miesięcznej pensji za ryzyko zakażenia się wirusem, który już zabił ponad 5mln ludzi na świecie i za sfałszowany certyfikat, którym według ich myślenia udaje im się zrobić wszystkich w konia?

Pielęgniarki i lekarze z oddziałów covidowych donoszą, że jest sporo pacjentów w ciężkim stanie, którzy proszą o szczepionkę, chociaż w rejestrze widnieją jako zaszczepieni…

Jestem zawodowym handlarzem dzieł sztuki, robię to już od bardzo dawna i nie jestem w stanie nawet oszacować ilości transakcji, które przeprowadziłem bezpośrednio z indywidualnymi klientami.

Jestem urodzonym sprzedawcą – słyszę to od moich klientów bardzo często, ale reputację zdobyłem uczciwością, bo stawiam jakość mojej oferty ponad wszystko, włączając w to mój własny zysk. Wolę sam utopić zysk na nietrafionych inwestycjach, niż ratować budżet cudzą stratą. Tak postępuje profesjonalista bez względu na swój zawód.

Całe moje doświadczenie w tej dziedzinie mówi mi, że niejeden potencjalny klient/wyborca wyśmieje dzisiaj każdą ofertę, z którą wystartuje opozycja.

Żeby taka transakcja mogła zajść, potrzeba znacznie więcej, niż tylko samej oferty. I dokładnie ten mechanizm zastosowało PiS – przed wystosowaniem oferty popracowali nad kupującym, przygotowali go do przyjęcia tej oferty, upewnili się, żeby jak największa liczba ludzi jej nie odrzuciła.

Dlaczego tak jest? Ponieważ nie mamy do czynienia ze zdrową sytuacją, w której robimy biznes uczciwie z odwzajemnionym szacunkiem. W PiS zrozumieli że muszą najpierw zohydzić PO elektoratowi do tego stopnia, że zacznie sięgać po coś zupełnie innego – trochę a może przede wszystkim ze złości. PiS nie miałoby szans przekonać do siebie zbyt wielu wyborców, gdyby tylko wyszli ze swoją ówczesną ofertą bez tego całego zaplecza opluwania i dyskredytacji PO-PSL i historycznie SLD również, bo od tego przecież zaczynali.

Mejza jest znachorem, Kaczyński jest znachorem, całe PiS z przystawkami, to znachorzy oferujący coś, co nie istnieje i nigdy się nie wydarzy. I to się sprzedaje, bo kupujący zostali do tego wcześniej przygotowani.

Konsekwentnie – opozycja musi najpierw uformować wyborców, żeby kupili ich ofertę. Sama oferta, to ciągle zbyt mało.

Tak na koniec jeszcze mała refleksja o Mejzie. Ten fragment z artykułu Wirtualnej Polski o znachorskim biznesie pana wiceministra przykuł moją uwagę:

„Nowa metoda, na którą namawiają przedstawiciele firmy Mejzy, leczy szereg schorzeń powszechnie uważanych za śmiertelne lub nieuleczalne. Na liście są choroby neurologiczne, nowotwory, a nawet starość i problemy z erekcją. „

Szczególnie intryguje tu (oprócz oczywiście leczenia starości i problemów z erekcją) oferta dla ludzi zmagających się z chorobami nowotworowymi.

Chciałbym przypomnieć, że pan Mejza dostał się do Sejmu na początku tego roku na miejsce zmarłej na raka posłanki pani Jolanty Fedak (była minister pracy i polityki społecznej w rządzie Donalda Tuska). Mejza zajął w wyborach do Sejmu drugie miejsce po pani Jolancie. Startował z ostatniego miejsca listy PSL i zgodnie z przepisami w zaistniałej sytuacji to jemu przypadł mandat po Jolancie Fedak.

Człowiek, który wciskał kit ludziom chorym na nowotwory wszedł do sejmu tylko dlatego, że na raka zmarła pani Jolanta Fedak. To chyba mówi wszystko o perfidności całej sytuacji…

PiS oswaja ludzi ze skurwysyństwem, normatywizuje je, żeby udowodnić wszystkim, że opłaca się być takim łotrem i trzymać sztamę z innymi łotrami.

Oczywiście będzie wewnętrzny grill, ale taki delikatny, bez pokutnego worka i wylewnych żali. Nawet jeśli zrobią z niego chłopca do bicia, to identyczni mu koledzy będą go obracać na tym grillu.

Dostrzegam w tym jeszcze inne dno. Można powiedzieć, że PiS wyciąga samych najgorszych ludzi, ale równie dobrze można dziś twierdzić, że PiS wyciąga z ludzi wszystko co najgorsze i pielęgnuje te podłe cechy.

Takiego człowieka tworzy PiS. Muszę popracować nad nazwą dla tego gatunku, na razie przyjmiemy techniczną nazwę homo pisiorus.

Mejza jeszcze niedawno opowiadał dziennikarzom, że chce zostać premierem. Homo pisiorus o chorobliwej ambicji i starotestamentowej wręcz zachłanności wierzył, że może wymienić Pinokia na stołku premiera. Sam nie wiem, czy się śmiać, czy płakać…

Załgany sprzedawca oksymoronów chciał zostać premierem Polski i kto wie, może niewiele nawet brakowało? Przypomina mi się odpowiedź uczestnika teleturnieju “Koło Fortuny” sprzed chyba ponad 25 lat: Jeż był w ogródku, jeż witał się z gąską…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *