Superplan.

OSTRZEŻENIE: Tym razem będzie jak w filmie z Marilyn Monroe – pół żartem, pół serio.

Mamy zatem kwestię sporną – ja vs twórcy/producenci. Komu wierzyć? Można słusznie zauważyć, że nie mam zbyt dobrej pozycji wyjściowej. Nie dość, że zrobił to, co zrobił, to teraz jeszcze oskarża i pokrzykuje, a co, jeśli to wszystko sobie ubzdurał? Z jakiej racji ma mi ktokolwiek teraz wierzyć?

Wyciągniemy trupa z szafy i mu się poprzyglądamy, zobaczymy, czy jeszcze coś z niego zostało, czy śmierdzi, czy może się już rozłożył kompletnie i nie sposób go rozpoznać.

Cofnijmy się do tego nieszczęsnego 21 września 2003 i zróbmy jeden krok do przodu, do tej konferencji Policji i władz TVP już po incydencie. Studio wypełnione dziennikarkami i dziennikarzami ramię przy ramieniu, reflektory świecą, kamery kręcą, mikrofony wycelowane, notatniki rozłożone, ołówki zastrugane, spocone długopisy zaciśnięte. Wszyscy w napięciu oczekują oficjalnych komunikatów. Przypudrowani panowie z Policji zaraz opowiedzą mediom i obywatelom całe wydarzenie prosto ze studia, w którym zresztą dzień wcześniej miało ono miejsce.

Najpierw pan nadinsp. Ryszard stwierdza, że „brak skutków stanowił o powodzeniu działań” (co za głębia!), dodając za chwilę: „ponieważ jest to pierwsza tego typu sytuacja, jest z tego także nauka na przyszłość i takie zagrożenia mogą istnieć”. Zapamiętajmy tę wielką myśl o nauce na przyszłość, bo jeszcze do tego wrócimy!

Następnie bardzo interesujące wystąpienie ma pan nadkom. Sławomir, który stwierdza, co następuje:

„Policjanci przede wszystkim prowadzili bardzo intensywne negocjacje, z drugiej zaś strony byli gotowi ruszyć i zneutralizować napastnika w taki sposób, aby odbyło się to bezpiecznie dla zakładnika a i dla samego napastnika – TO TEŻ SIĘ STAŁO, w stosownym, W DOBRYM MOMENCIE NASTĄPIŁ odpowiednio przygotowany wcześniej AKT NEUTRALIZACJI, policjanci z Biura Operacji Antyterrorystycznych zneutralizowali w tym studiu tego napastnika. Ten mężczyzna miał przy sobie broń, ta broń wyglądała na gotową do użycia, także tutaj naprawdę mieliśmy przed sobą niebezpiecznego napastnika, niebezpiecznego zdesperowanego człowieka.”

Reasumując, panowie z KSP oznajmili, że panowie z AT mieli narysowany superplan i go perfekcyjnie zrealizowali: W DOBRYM MOMENCIE RUSZYLI I ZNEUTRALIZWALI mnie w bezpieczny sposób dla zakładnika i również dla mnie.

Taką wersję przedstawili panowie policjanci wszystkim dziennikarzom i widzom przed telewizorami. Chyba możemy się zgodzić, że to było oficjalne stanowisko Komendy Stołecznej Policji, prawda?

Ja uważam, że było inaczej. No ale przecież jest kwestia najważniejsza: czy można mi wierzyć, czy wierzyć raczej policjantom, którzy tam byli i zrealizowali swój superplan odbicia zakładnika? Komu wierzyć?

To może nie słuchajmy, co ja mam do powiedzenia, sprawdźmy, co po samym zdarzeniu zeznał w prokuraturze zakładnik:

Czyli ja zwolniłem zakładnika, położyłem się na ziemi, a jak on wychodził, to oni wchodzili, zatem mijał się z policjantami, którzy biegli go ratować zgodnie z ich wcześniej przygotowanym superplanem…

Kochana Policjo: możecie próbować robić wariata z wariata, ale nie róbcie idiotów z inteligentnych ludzi. Czy naprawdę myślicie, że ludzie są aż tak głupi?

Była tam również kamera, która zarejestrowała moment uwolnienia pana Tomasza, jak się samodzielnie i świadomie poddałem kładąc się na ziemi i odrzucając pistolet (na gaz i nienaładowany).

Mieliście nagranie, mieliście zeznania, w tym zeznania p.Tomasza. To czemu tak bezczelnie wcisnęliście ordynarny kit ludziom prosto w twarz?

Spieprzyliście całą akcję od początku do końca. Negocjatorzy nie potrafili ze mną rozmawiać, nie mieli pomysłu na to, jak do mnie dotrzeć, błądzili szukając jakiegoś słabego punktu, żeby rozładować moje emocje i nie umieli znaleźć nic, co mogłoby mnie jakoś nakłonić do wcześniejszego poddania.

Ok, rozumiem. Nikt przecież nie wyjdzie z szefostwa i nie oznajmi narodowi: szanowni państwo, pełny sukces! Poddał się dopiero, jak się zmęczył!

Mogliście przecież wyjść i tak okłamać jakby trochę mniej, powiedzieć np, że to rezultat fantastycznej pracy negocjatorów, którzy namówili Adriana M do uwolnienia zakładnika, że udało im się wzbudzić w nim litość do dzielnego pana Tomasza i do poddania się. Okazało się, że broń była niegroźna, pan Tomasz jest bezpieczny, a napastnik, to chory człowiek a nie terrorysta, idźcie ludzie spać spokojnie, to nie Al-Kaida, to przypadek do leczenia.

Zazwyczaj kłamie się, gdy nie można mówić prawdy.

Nie mogli powiedzieć prawdy z uwagi na jeden element, który nie pasował im w prawdziwej układance.

Tuż po uwolnieniu pana Tomasza, położeniu się na podłodze i odrzuceniu pistoletu na bok, do akcji wkroczyli antyterroryści z BOA KGP. W studio nie wydarzyło się nic szczególnego. Bardzo szybko sprawdzili, czy nie mam przy sobie jeszcze jakiejś dodatkowej broni, zatem raz na jeden bok mnie obrócili, przejechali dłońmi po ciele, na drugi bok, ta sama procedura. Nic szczególnego, nie było w tym momencie, żadnej agresji. Oczywiście, trochę potraktowali mnie jakby przerzucali worek z kartoflami, ale nie przypominam sobie, żeby mnie wtedy w studio mocno bili. Po chwili byłem już skuty za plecami, dźwignęli mnie za ramiona pod pachami do góry i zgiętego do ziemi wyprowadzili szybkim krokiem do pomieszczenia niedaleko studia, które trochę przypominało szatnię dla pracowników technicznych. Było tam dosyć ciasno, ledwo mnie tam wprowadzili we czterech, rozstawieni dookoła, pozwolili się wyprostować i się zaczęło wtedy, to czym upudrowani panowie inspektorzy nie mogli już się pochwalić przed kamerami i narodem.

Spodziewałem się, że będzie łomot, ale powiem szczerze, trochę zaskoczyli mnie poziomem brutalności. Ewidentnie puściły im nerwy. Nie owijając w bawełnę: napierdalali mnie ze wszystkich stron, miałem ręce skute za plecami sztywnymi kajdankami. Trwało to wszystko całkiem długo. 3 razy udało im się powalić mnie na ziemię, taki knockdown razy trzy od siły ciosów. Tak nawiasem mówiąc, to zapewniam, że jak antyterrorysta wali, to nie jest to uderzenie zawodnika MMA spod nocnego sklepu, to jest trochę inny poziom. Za każdym razem podnosiłem się i prostowałem, a oni dalej na mnie sobie używali. Były tam metalowe szafki, chyba na ubrania, napieprzali moją głową o kanty tych szafek. Przy każdym powaleniu na ziemię byłem kopany absolutnie wszędzie. Jak upadłem na twarz, to mnie kopali po plecach i po rękach zakutych w kajdanki, które wrzynały mi się w nadgarstki, na prawej kajdanki tak głęboko weszły, że mam blizny do dzisiaj. Jeden z tych policjantów kopnął mnie w krocze (to nie było miłe), inny postanowił mnie poddusić buciorem, który przycisnął mi do krtani, jak leżałem na plecach i tak na mnie patrzył dusząc mnie tym butem. Gdy zacząłem poważnie krwawić, któryś z nich wyszedł i wrócił z czarnym plastikowym workiem na śmieci, który mi założyli na głowę, chyba po to, żeby się tyle tej krwi nie lało na podłogę. Na podłodze byłem już tak przekopany, że stwierdziłem – pass, mam już naprawdę dosyć, szok zaczął schodzić i zwyczajnie zacząłem czuć ból dosłownie wszędzie. Rozcięli mi głowę o te szafki w kilku miejscach, złamany nos, krew lała się ciurkiem z całej głowy. Ale chyba najgorszy był ból od kopniaków, miałem całe ciało przekopane. Powiedzieli, że mnie wywiozą nad Wisłę i upozorują ucieczkę i mnie tam zastrzelą. Uwierzyłem, autentycznie uwierzyłem, dlatego się wtedy tak darłem jak mnie wynosili do suki. Przez pierwsze tygodnie w areszcie siniaki i krwiaki zmieniały kolory ale po jakimś czasie doszedłem do siebie. Gorsze od tego pobicia było co innego. Zaraz po tamtej akcji w tym ciasnym pomieszczeniu wynieśli mnie do osobowej suki (nie, nie było tak jak panowie z AT zeznawali, że nie chciałem iść samodzielnie, zwyczajnie nie byłem w stanie), i zawieźli mnie do Pałacu Mostowskich. Za nami przyjechała karetka. Miałem ciekawą interakcję z panami z karetki, ale to zostawiam na później – też nakłamaliście, nie udzieliliście mi żadnej pomocy, tylko poświeciliście latareczką w oczy i jeden z was stwierdził, że tutaj takie coś, to norma. Później zawieźli mnie do szpitala i tam była akcja gorsza od tego pobicia. Najpierw pozszywała mnie pani pielęgniarka, a później podeszła do mnie z emaliowaną nerką i długim drutem – prostowanie nosa, zamarłem! Nałożyła na koniec tego druta taki nasączony jakąś substancją pasek i zaczęła mi tym drutem wciskać ten mokry sznurek w sam środek czaski. To był paskudnie obrzydliwy ból, wzięła mnie z zaskoczenia – zupełnie się nie spodziewałem tego drutowania i najgorsze było to, że wiedziałem, że jest jeszcze druga dziurka do zrobienia. Bez dwóch zdań, ta niepozorna pani w białym, trochę już niespotykanym dzisiaj kitlu z tym drutem w ręku przebiła koksów z AT. Nauka na przyszłość drogie dzieci: policja masakruje na kwaśne jabłko i później kłamie, ale uważałbym bardziej na siostrę w szpitalu – jest równie niebezpieczna!

Żarty na bok. Przez 2 dni w Pałacu Mostowskich miałem co najmniej dwie wizyty w szpitalu; widziało mnie wielu ludzi, lekarze, lekarki, pielęgniarki, psycholog, na koniec prokurator i sędzia, który miał zadecydować o tymczasowym aresztowaniu. Jak mnie do tego sędziego wieźli, to panowie z Wydziału do Walki z Terrorem Kryminalnym chyba trochę zmiękli (w Pałacu działy się różne śmieszne rzeczy, ale o tym kiedy indziej, teraz powiem, że i tam w łeb dostałem, bo się im uwaga o faszystowskich metodach nie spodobała – tak mi jeden przywalił, że mi zerwał szwy z jednego szycia, które mi tamta pani pielęgniarka tak ładnie wydziergała, a opatrunek poleciał w drugi kąt pokoju). Przed sądem jeden z tych mapetów podszedł do mnie, poczęstował mnie absolutnie najwstrętniejszym papierosem jakiego w życiu paliłem (do dziś nie mam pojęcia jak on mógł to gówno palić?) i powiedział: ‘jak się ciebie zapytają, kto ci to zrobił, to powiedz, że to, nie my, że to AT ok?”. W sumie to chciał, żebym kablował za niego na jego kolegów. Ręce opadają… Odpowiedziałem mu, że wiem dokładnie, kto mi to zrobił. I pan sędzia się zapytał i mu powiedziałem, że to mi zrobiła ekipa antyterrorystów. I co? I gówno drogie dzieci. Tak się kończą bajki o przygodach z mapetami z policji i z brygady antyterrorystycznej. Sprawa zamieciona, nikt nic nie pamięta, nikt nic nie widział, nie było kamer, był superplan i odbili zakładnika, to była prawda.

A biegły zeznał:

No ale po co wierzyć mi? W tych aktach są grube dowody, że AT uszyła bezczelne kłamstwo. Twierdzili, że wynieśli mnie tam, żeby mnie przeszukać. Tak mnie przeszukiwali w tym pomieszczeniu, że dopiero w Pałacu Mostowskich znaleźli przy mnie ‘bonusy’, które sam wyjąłem z kieszeni. I to nie zapaliło nikomu lampki w głowie, że jednak mnie w tamtym pomieszczeniu nikt nie przeszukiwał…

Wszyscy absolutnie bezkarni. Żeby nie było jakiś niedomówień – musiałem sobie jakoś sam wyjaśnić, co się stało w tym pokoju i stwierdziłem, że to się w sumie panu Tomaszowi należało za to, co mu zrobiłem. Kropka.

Ciekawe, czy przekroczenie uprawnień funkcjonariusza na służbie, to się przedawnia, czy nie? Ja akurat miałem twardą głowę na tyle, żeby z tego jakoś wyjść, ale są przypadki ludzi, którzy podobnego spotkania z policją już nie przeżyli, prawda? Po całym wydarzeniu, jak mnie wynieśli i rzucili zakrwawionego na podłogę w Pałacu Mostowskich i jak przyjechała karetka, to się zapytałem lekarza, czy widzieli już takie coś wcześniej? Odpowiedział mi natychmiast: ‘nie jesteś pierwszy taki, tutaj to norma’. W areszcie w kolejce do lekarza widziałem wielu z identycznymi obrażeniami. Norma. Ktoś powie – bandytów nie szkoda. Może szkoda, może nie szkoda. Na 10 lub 20 bandytów trafi się jeden, który z bandytą ma tyle wspólnego, co inspektor policji z prawdą. I co wtedy? Takiej normy chcemy?

Wróćmy do tej wielkiej myśli tego inspektora z konferencji prasowej:

„ponieważ jest to pierwsza tego typu sytuacja, jest z tego także nauka na przyszłość i takie zagrożenia mogą istnieć”

Niech nam ułomna nieco składnia nie przesłoni sensu – mamy wyciągnąć naukę na przyszłość. Fantastycznie! Uczmy się na błędach – od razu pomyślałem! Ja się całe życie uczę na błędach, głównie swoich, bo nie jestem taki mądry jak inspektor, który chce uczyć siebie i jeszcze w dodatku innych na cudzych błędach. Jestem bardzo na TAK!

Zobaczmy zatem, jaką naukę wyciągnęli z tego wydarzenia…

Oto fragment podręcznika pt. CENTRALNY PODODDZIAŁ KONTRTERRORYSTYCZNY POLSKIEJ POLICJI BOA KGP Szczytno 2016 autorstwa Kuby Jałoszyńskiego (jakby co, to kupiłem, mam rachunek, nie ściągałem z ruskiego serwera):

3.4.1. Realizacja w siedzibie TVP w Warszawie — 21 września 2003 r. strona 235:

„W pewnej chwili powstała sytuacja umożliwiająca przeprowadzenie ataku: — Sprawca po wielokrotnych groźbach zaproponował zakładnikowi zapalenie ostatniego papierosa w życiu: wstał z krzesła i wykonał ruch bronią. — Dowodzący wydał rozkaz do ataku: zespół szturmowy wbiegł do studia i obezwładniwszy napastnika, dokonał jego zatrzymania71. Sprawca Adrian M. został wyniesiony ze studia (nie chciał iść o własnych siłach). Dokonano jego przeszukania oraz zabezpieczono dowody”

Przypis w tym fragmencie odsyła do…

Sytuacja zakładnicza w gmachu Telewizji Polskiej. Warszawa 21 września 2003 r., ul. Woronicza 17, Zarząd Operacji Antyterrorystycznych Głównego Sztabu Policji KGP, 11 października 2004 r. [prezentacja multimedialna].

Faktycznie wyciągnęli z tego wnioski, że nic tylko bić brawa i pokłony.

Polska to jest taki kraj, w którym każdą porażkę przekuwa się w mega sukces i sprzedaje dalej. I się powiela to i powiela i jest pięknie i wspaniale i wszyscy są happy.

Nie dość, że spieprzyli tę akcję wtedy i to w wielkim stylu, to jeszcze uczą kolejne kadry policjantów legendy o szturmie, podczas którego odbijali zakładnika mijając się z nim w przejściu. Czego wy ich tam uczycie? Superplanu.

Poważnie teraz, eksperyment intelektualny, więc musi być poważnie, wszystkie epitety na użytek eksperymentu nie mają odniesienia do rzeczywistości – jesteście Państwo w naprawdę groźnej sytuacji, nie z człowiekiem z pistoletem-atrapą, kto przyszedł z ‘przemową do ludzkości’ (to od pana Raczka podłapane). Jesteście naprawdę z kimś śmiertelnie groźnym. Macie nadzieję, że jedzie już do was ekipa na ratunek. Nikt Wam nie pomoże, tylko oni. Chcielibyście, żeby jechali do Was na sygnale profesjonaliści, wyszkoleni przez specjalistów, panujący nad stresem i emocjami, którzy wiedzą, że tylko studiując błędy uniknie się ich w przyszłości, czy wolelibyście, żeby jechała do Was na ratunek ekipa sfrustrowanych koksów, niekompetentnych socjopatów, którzy muszą po nieudanej akcji ulżyć sobie masakrując kogoś, kto może zamiast pobicia powinien dostać zastrzyk na uspokojenie? Która z tych dwóch ekip bardziej Wam pomoże? To są Wasze pieniądze przecież. Ja się z tym dawno temu pogodziłem, to pobicie trochę mi się należało. Ale takiej policji chcecie? Bezkarnej?

Jeśli nie będzie konsekwencji, jeśli będzie bezkarność dla ludzi na stanowiskach i ta bezkarność będzie promieniować dookoła, to kwestie takie jak prawa człowieka, równość wobec prawa, praworządność, tolerancja, etc. będą tylko pustymi nazwami.

A wiecie, kto jeszcze myśli, że może robić sobie coś bezkarnie? Pan Piątek. Sam to stwierdził:

“Szkoła daje tę cudowną możliwość zrobienia kilku etiud czy filmów niemal bezkarnie.”
https://purpose.com.pl/archiwum/mag-nr_34/warsztaty/mag-moc_robic_filmy_.html

Poczytajcie o genezie „Bożego ciała” – zaczęło się niby od projektu na dyplom…

Czego oni was uczą w tych filmówkach? Też superplanów?

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *